Sky Atlantic
seriale

Fortitude 02×01 – śmiertelnie mroźna zima po raz drugi [recenzja]

Niemal półtora roku minęło od zakończenia pierwszego sezonu jednego z bardziej nastrojowych brytyjskich kryminałów. Wszyscy ci, którzy pokochali mroźny klimat miasteczka w którym się nie umiera, mogą wreszcie szeroko się uśmiechnąć – oczekiwanie zakończone, a przed oczyma mamy sezon opatrzony numerkiem dwa. Sezon zapowiadający się wyjątkowo intrygująco, należałoby dodać.

[quote align=right]Receptura na kręgosłup serialu pozostała bez większych zmian – znów mamy morderstwo i tajemnicze wydarzenia, a wszystko to podlane sosem lokalnych mitów i zabobonów, mogących mieć w sobie więcej, niż ziarnko prawdy.

Pierwsza seria produkcji Sky Atlantic na pozór miała wszystko by stać się serialem wręcz doskonałym – świetnie dobraną, wyjątkowo mocną ekipę aktorów, ze Stanleyem Tuccim, Michaelem Gambonem i Richardem Dormerem na czele, bardzo ciekawie napisane charaktery, a wreszcie unikalny, przenikający mrozem do szpiku kości setting i aż rojącą się od tajemnic i niewypowiedzianej grozy fabułę. Problem jakiego scenarzyści okiełznać nie zdołali, polegał paradoksalnie na dobrobycie tej ostatniej – mnogość wątków stała się zwyczajnie zbyt duża, by wszystkie w satysfakcjonujący sposób rozwinąć i ostatecznie serial stanął w rozkroku, nie bardzo wiedząc w którą stronę podążać – zainspirowanego ludowymi wierzeniami horroru, mrocznego kryminału czy science fiction z klimatem rodem z Carpenterowego „Coś”. Efektem były zdecydowanie odstające tempem wydarzeń od reszty dwa ostatnie, naprędce starające się skleić ten gatunkowy misz-masz w całość epizody, co zadaniem okazało się zbyt trudnym – a misternie budowana atmosfera pękła niczym bańka mydlana i większość z nas pozostawiono z poczuciem zawodu i niewykorzystanej szansy. Tym niemniej, potencjał pomysłu pozostał i całe szczęście, że dano zielone światło dla kontynuacji…

… która tak do końca, kontynuacją nie jest. Już na początku twórcy zdają się grubą krechą odcinać od wydarzeń z poprzedniego sezonu i (całkiem dosłownie) z hukiem domykają kilka najistotniejszych wątków, nie pozostawiając wątpliwości – historia z zamarzniętym truchłem mamuta w tle jest zakończona, a nowa to osobna, niepokojąca seria wypadków, która jedynie mogła na niej wyewoluować. Pilot drugiego sezonu nie wykłada bowiem wszystkich kart na stół, nadal pozostawiając kilka tematów niejako w zawieszeniu, wielce prawdopodobne więc, że w jakiś sposób obie historie będą się łączyć (choćby przez fakt rozprzestrzeniającej się w poprzednim sezonie infekcji), jednak główny wątek jawi się tu poniekąd jako zupełnie nowa jakość w znanym już uniwersum.

Całość zaczyna się, podobnie jak w sezonie pierwszym, niezwykle interesująco – najpierw mamy krótką retrospekcję z przerażającymi i tajemniczymi wydarzeniami jakie stały się udziałem stacjonujących kilkadziesiąt kilometrów od Fortitude Rosjan, by chwilę później trafić już do właściwego naszym czasom, próbującego pozbierać się po niedawnej tragedii miasteczka. Niedługo będzie jednak dane jego siedmiuset osobowej populacji zaznać spokoju – nie dość, że po wydarzeniach z pierwszej serii nikt już nie ma zamiaru w Fortitude inwestować, to wkrótce okolicą wstrząsa kolejna bestialska zbrodnia, rozświetlona złowieszczym blaskiem krwawej polarnej zorzy, według miejscowych wierzeń zwiastującej serię nieszczęść i przybycie nieokreślonego zła. Receptura na kręgosłup serialu wydaje się pozostawać więc bez bardziej drastycznych zmian – znów mamy morderstwo i tajemnicze wydarzenia, a wszystko to podlane sosem lokalnych mitów i zabobonów, które mogą mieć w sobie więcej prawdy, niż mieszkańcy Fortitude mogliby tego sobie życzyć.

Obok świeżych wątków, do grona znanych z pierwszej serii i powracających postaci, pilot wprowadza też kilkoro nowych bohaterów, w tym w szczególności rodzinę Lennoxów (tu zapowiadający się na kolejne obsadowe trafienia w „dziesiątkę” Dennis Quaid i Michelle Fairley). Słowem, pierwszy odcinek drugiego sezonu robi dokładnie to, czego należałoby od niego wymagać –zamyka starą historię, powoli wprowadza nas w nową, przy okazji delikatnie kreśląc wizerunki i zależności między głównymi postaciami dramatu, całość okraszając znanym przez nas klimatem lodowatego mroku i kiełkującej wokół paranoi.

„Fortitude” znów rozpoczyna się od mocnego uderzenia. Jeśli tylko twórcy wyciągną wnioski z błędów popełnionych w sezonie numer jeden i zaprezentowane pomysły rozwiną w bardziej spójnym kierunku, już po pilotażowym epizodzie można śmiało powiedzieć, że najprawdopodobniej będziemy mieli kolejny, wyjątkowo dobry serial na rozpoczęcie roku.

Kategorie
seriale

Urodzony w 1987 roku w Środzie Wielkopolskiej. Z wykształcenia magister Administracji, choć zawodowo związany z branżą logistyczną. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę. Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Kilkukrotnie wyróżniony w konkursach na opowiadania organizowanych przez portal "Nowej Fantastyki". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Dodaj komentarz