Starz
seriale

Flesh and Bone – mroczne kulisy baletu [recenzja]

„Flesh and Bone”, nowy serial stacji Starz nie uniknie porównań z „Czarnym łabędziem”, niektóre wątki są żywcem wzięte z filmu Aronofsky’ego. Mamy przygotowania do wystawienia baletu, kandydatkę do głównej roli z psychicznymi problemami oraz bezpardonową rywalizację, łzy i zawiść  na prowadzącej do sławy drodze.  Pomimo tych podobieństw, to jednak zupełnie inna historia.

„Flash and Bone” to trudny orzech do zgryzienia. Serial z pewnością dla dorosłych, bo jak przystało na telewizyjną stację od „Spartacusa”, mamy tu bezpruderyjne sceny seksu. Są też tańce na rurze w klubie go-go i rosyjscy gangsterzy pozujący na koneserów wielkiej sztuki. W tej warstwie serial miał być pewnie kontrowersyjny, mroczny, pieprzny, ale trochę czuć tu kiczem, być może niezamierzonym. Z „Flesh and Bone” jest w ogóle problem, bo staje niejako na rozstajach. Oprócz sztampowych dla telewizyjnych produkcji dramaturgicznych zagrywek, są tu bowiem momenty, kiedy serial ociera się o wybitność (choćby w znakomitej, końcowej scenie). Portretowani w nim bohaterowie mają  skomplikowane charaktery, rozmawiają ze sobą jak ludzie z krwi i kości (czyli także rzucają mięchem), czasami są do rany przyłóż, kiedy indziej zamieniają się w zawistników lub tyranów. Nie ma tu podziału na czarne i białe, wszystko tonie w szarości świata przedstawionego, a najbardziej wredny jest tu los, który jak to w życiu, zamiast być łaskawy dla ludzi, częściej po prostu sobie z nich kpi. Majstersztykiem jest szósty odcinek, który prezentuje nam Święto Dziękczynienia, jakiego jeszcze w telewizyjnym serialu nie widzieliśmy. No i jest główna bohaterka, zahukana dziewczyna z psychicznymi problemami (w tej naprawdę niezłej roli, zawodowa tancerka, Sarah Hay). Claire to kochająca książki introwertyczka, postać, której na pewno się współczuje i która jednocześnie drażni swoim nieprzewidywalnym zachowaniem. To w niej apodyktyczny dyrektor American Ballet Company, Paul Grayson (znakomity Ben Daniels w roli, która przypomina tę z „Whiplasha” w wykonaniu J.K. Simmonsa) dostrzega potencjał na wielką gwiazdę. Czy dziewczyna podoła, wydawałoby się przerastającym ją oczekiwaniom?

[quote align=’right’]Oto gdzieś za kulisami sztuki uważanej za wysoką toczą się ludzkie dramaty, pełne kłamstw, zawiści, rywalizacji i dopiero na końcu miłości, jakby były one wliczonymi w jej uprawianie kosztami.

Z każdym odcinkiem powoli odkrywamy tajemniczą przeszłość Claire, która porzuciła rodzinny dom, by szukać szczęścia w Nowym Jorku. Wkrótce na scenie pojawia się jej brat, weteran wojny w Afganistanie ze skłonnościami do przemocy (przy okazji warto nadmienić, że tytuł każdego odcinka odnosi się do wojskowego żargonu). Jest  z siostrą silnie związany uczuciowo, ale ten związek ma niepokojący charakter, czuć, że stoi za nim coś niedobrego, coś co musiało zajść w ich rodzinnym domu. Kiedy w końcu zaglądamy do miejsca pochodzenia obojga, wiele się wyjaśnia – trafiamy w obszar patologii pokazany w serialu bez upiększeń, ale z wyczuciem – większości rzeczy musimy się raczej domyślać, niż jesteśmy nimi epatowani. To wszystko, w zestawieniu z przewodnim motywem serialu, czyli przygotowaniami do wystawienia baletu, tworzy dosyć nietypową mieszankę. Oto gdzieś za kulisami sztuki uważanej za wysoką toczą się ludzkie dramaty, pełne kłamstw, zawiści, rywalizacji i dopiero na końcu miłości, jakby były one wliczonymi w jej uprawianie kosztami. Czy dopiero z  takiego połączenia składników może powstać, urodzić się coś pięknego? Coś, czego końcowym efektem będzie dla wszystkich uczestników spektaklu doświadczenie transcendencji?

Przez większą część serialu oglądamy znój i gnój, który stoi za powstaniem czegoś wielkiego. Dlatego momenty, kiedy bohaterowie zamiast kłócić się, cierpieć, męczyć nawzajem, nienawidzić, po prostu tańczą, są niczym dar niebios i w jakimś stopniu odkrywają sens istnienia sztuki, która tak wiele wymaga od współtworzących ją ludzi. Balet, który wielu ludzi po prostu śmieszy, tutaj, zwłaszcza w ostatnim odcinku nabiera znamion zapierającego dech spektaklu – ten motyw stojącym za serialem twórcom wyszedł wyjątkowo udanie. Ale mieli też oni jeszcze większe ambicje. Jest we „Flesh and Bone” pewna postać, rodzaj niepozornego z początku obserwatora wydarzeń – dzięki jego wątkowi cała historia nabiera niemal szekspirowskiego sznytu. Dodajmy, historia która najprawdopodobniej nie będzie kontynuowana, bowiem stacja Starz, z uwagi na olbrzymie koszty produkcji zrezygnowała z kontynuowania serialu. Szkoda, ale tylko trochę. Mimo braku zamknięcia niektórych wątków, to w pewien sposób kompletna opowieść, zakończona w dobrym momencie. Po seansie pozostajemy w przeświadczeniu, że nie chodziło tu jedynie o mocne wrażenia, gołe cycki (penisy też się trafiają) i zakazany seks, tylko o coś znacznie, znacznie więcej. Mimo zapowiedzianego braku kontynuacji, naprawdę warto.

Kategorie
seriale

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz