seriale

Detektyw

 

Detektyw (True Detective), twórca: Nic Pizzolatto, reżyseria: Cary Fukunaga, HBO

 

 

Gdy piszę te słowa jest raptem czternasty stycznia, dokładnie dwadzieścia minut po północy, a przeżyliśmy już trzy wydarzenia telewizyjne. Strach myśleć, co będzie dalej, choć tak naprawdę to mało kto powinien takich myśli się bać.

 

 

Ten rok przyniósł nam trzeci sezon doskonałego „Sherlocka”, który z odcinka na odcinek rozkręca się coraz bardziej (po dosyć dziwnym otwarciu nowej serii, jej druga odsłona to czysty majstersztyk), premierę nowego serialu science-fiction „Helix”, z którym wiązane są spore nadzieje fanów oraz jeszcze inną markę, tym razem spod szyldu HBO.

 

„Detektyw”, bo o nim mowa, zadebiutował na polskich ekranach trzynastego stycznia i na tę okazję został nawet odkodowany w usłudze HBO GO (szkoda tylko, że audio nie zgadza się z wideo, a polska ścieżka dźwiękowa nie może zostać wyłączona na rzecz napisów). Media donosiły o produkcji coraz to nowe informacje, wodząc za nos i podsycając zainteresowanie. Czy warto było czekać?

 

Powiedzmy sobie krótko: tak, ale… Owo „ale” jest tutaj kluczowe, bowiem wydaje się, że zbyt dużo informacji wyszło na światło dzienne i teraz nowemu serialowi trudno będzie dogonić rozpędzoną lokomotywę marketingu.

 

Należy raczej unikać zbyt wielkiego negliżu – omówmy fakty. Tych jest zadziwiająco niewiele jak na pilota wielkiej produkcji. Oto Matthew McConaughey i Woody Harrelson wcielają się w byłych policyjnych partnerów – Rusta Cohla oraz Martina Harta. Pierwszy z nich jest domorosłym filozofem oraz człowiekiem z dużym bagażem życiowym. Dowiadujemy się trochę o jego przeszłości, niezbyt usłanej różami, która jednak świetnie tłumaczy jego życiowy pesymizm oraz wielką wrażliwość skrywaną pod płaszczem nihilizmu. Drugi to typowy glina, trochę mąż, trochę ojciec, okazjonalny kochanek, solidny w swojej pracy, ale w gruncie rzeczy dość prosty osobnik. Z takim można obejrzeć mecz, wypić piwo, a także od czasu do czasu zjeść wystawną kolację. Cohle to człowiek oderwany, mocno z marginesu wartości, podczas gdy Hart stanowi jego lustrzane odbicie.

 

Obaj rozpracowali sprawę rytualnego morderstwa w Luizjanie, po czym rozstali się w kłótni i gniewie. Wszystko wraca jednak do nich jak bumerang dzięki podobnej zbrodni dokonanej wiele lat później.

 

Pierwszy odcinek ustanawia charakter i nastrój całości, można więc spróbować ocenić „Detektywa” na podstawie otwierającego rozdziału. Ten jest bardzo solidny, ale jednak coś w nim nie pasuje. Do tej pory nie dostaliśmy praktycznie żadnych informacji o tle wydarzeń – pilot skupił się na przedstawieniu tylko głównych bohaterów i to na dodatek w sposób raczej archaiczny jak na nowoczesną sztukę serialową. Poznajemy postacie na podstawie tego, co same o sobie mówią. Bardzo mało mamy sytuacji, w których moglibyśmy dowiedzieć się czegoś o Cohlu i Harcie poprzez to, jak się zachowują. W całym, prawie godzinnym odcinku jest zaledwie jedna scena, gdzie połamany żywot Cohla daje o sobie znać. To, trzeba przyznać, zdecydowanie za mało.

 

Wygląda to tak, jakby tło zupełnie nie istniało, a spektakl opanowali panowie McConaughey oraz Harrelson. Trudno mieć jednak do nich o to pretensje, gdyż ze swoich zadań wywiązują się znakomicie. Już widać, że „Detektyw” jest doskonale zagrany i dzięki grze aktorskiej ma szansę nadrobić w przyszłości ewentualne niedobory scenariusza. „Ewentualne”, gdyż jest potencjał, aby rzecz rozwinęła się solidnie. Widać, że twórcy położą nacisk na relacje Harta z żoną, na przeszłość jego partnera, na ich konflikt, który od samego początku czai się za rogiem. Jeśli do tego wkroczy jeszcze bardzo dobra intryga kryminalna, szansa na serial absolutny wzrośnie.

 

Nie jest to najbardziej udany pilot w historii telewizji. Jest bardzo dobry, aczkolwiek ma się ochotę na więcej. To jednak nie musi być wadą, gdyż wielkie serie często rozkręcały się powoli – dowodem tutaj „Miasteczko Twin Peaks”, czy „Lost”. Z drugiej strony – bywały lepsze otwarcia – „Battlestar Galactica” oraz „Gra o Tron” tego dowodem. Tutaj jest mocno, ale mimo wszystko póki co bez rewelacji.

Kategorie
seriale
Emil Strzeszewski

Emil Strzeszewski – rocznik 85. Urodzony w święto niepodległości w Łomży. Obecnie warszawski słoik z duszą olsztyńską i sercem ostrołeckim. Pisarz, redaktor, dziennikarz, social media nędza. Założyciel i były redaktor naczelny e‑zinu „Creatio Fantastica”. Publikował w „Magazynie Fantastycznym”, „Fantastyce – Wydaniu Specjalnym”, „Fantasy & Science Fiction” oraz w antologiach „City 1” i „Rok po końcu świata”. Finalista konkursu Uniwersytetu Jagiellońskiego na tekst literacko-naukowy „Futuronauta”. Debiutował książkowo w wydawnictwie Powergraph steampunkową powieścią „Ektenia”. Kolejna powieść „Ród” ukazała się nakładem wydawnictwa Genius Creations. Jego pasją jest zapisywanie się na boks, od lat bezskuteczne.

Dodaj komentarz