seriale

Defenders – Stare sztuczki, stare błędy [recenzja]

Ludzie zachęceni pierwszym sezonem Daredevila i Jessici Jones mogą poczuć się oszukani. Netflix omamił nas wizją ciężkiego dramatu kryminalnego w wielkim mieście, tymczasem Defenders skręca w stronę kina kopanego z dużą ilością ninja w tle. Tragicznie nie jest, ale mogliśmy oczekiwać czegoś więcej niż średniej superbohaterskiej.

Defenders próbuje nas złapać na magię najbardziej udanych owoców współpracy Netflixa i Marvela. Problem w tym, że serial wyciąga z tamtych produkcji nie do końca te składniki, co trzeba.

Zmagania niewidomego prawnika z mafią, starcie straumatyzowanej pani detektyw z psychopatą czy robienie porządków w Harlemie – wszystkie stanowiły wariację wokół konwencji kryminalnej i gangsterskiej. Ich czar polegał na tym, że hołdowały najlepszym wzorcom gatunku, doprawiając to klimatem ulicznego gangsta lub noir. Wplatały też całkiem zręcznie element superbohaterski, ale tak, by nie rozsadzał ram gatunku. Nawet biegający w pancerzyku Daredevil pasował, bo działał jako miejska legenda.

Tymczasem Defenders, niestety, idzie tropem wątku przewijającego się przez poprzednie seriale i daje nam w twarz chmarą ninja. Tym razem zapakowane dla niepoznaki w korporacyjne garnitury, ale nie dajcie się zwieść pozorom. To dalej te campowe karate-zombie, świeże jak żółty, lateksowy płaszczyk marniejący w szafie rodziców od trzydziestu lat. Do tego dochodzi tani wschodni mistycyzm i bełkot o nieśmiertelności, który zachwyciłby chyba tylko tych, którzy nie zauważyli, że lata ’80 ubiegłego wieku już dawno zostawiliśmy za sobą.

No dobrze, odpuśćmy już tych nieszczęsnych ninja, bo to nie jedyny problem, z którym serial powinien iść do lekarza. Defendersom zwyczajnie brakuje spójności. Wzięto po kawałku każdego z poprzedników, jako dominantę wyznaczono motywy z Iron Fista, czyli walkę z The Hand – i puszczono to w obieg. Pewnie, Matt Murdock miał powiązania z tematem, ale już klimat, jaki wnoszą ze sobą Luke Cage i Jessica Jones pasuje tu jak pięść do nosa. Gdzie radosnym, wskrzeszającym zmarłych organizacjom rodem z Chinatown do brudnej, biednej ulicy?

Scenarzyści stanęli na uszach, by to wszystko powiązać w całość. Chwilami nawet im wychodzi, od czasu do czasu trafiamy na sceny-perełki, ładnie rozegrane emocjonalnie, spięte dobrym dialogiem i dystansem zmęczonych życiem bohaterów. Dobrze zagrane. Zaraz potem zalewają nas jednak banalne głodne kawałki stanowiące echa wątpliwości, jakie targały bohaterami – i ich towarzyszami – w solowych seriach.

Ze względu na naturę organizacji, złoczyńcy też odstają. Wprawdzie Alexandrze odgrywanej przez Sigourney Weaver nie można odmówić zimnej charyzmy, ale urok słabnie w obliczu absurdów, o które postać walczy. Z jednej strony patent i motywacje są ciekawe – chodzi przeżycie. Z drugiej, rzecz rozmywa się w braku konkretów oraz przez środki, jakie wybrano do pokazania. Z tego tytułu zwierzchniczka The Hand ustępuje Kilgrave’owi i Kingpinowi. Inna sprawa, że ci panowie to najlepsi łotrzy – obok Magneto – jakich widzieliśmy w adaptacjach Marvela w ogóle.

Tym, co ratuje serial, jest chemia działająca między bohaterami. Nawet Iron Fist miewa momenty, Luke Cage daje radę, a tempo narzucają oczywiście Matthew Murdock i Jessica Jones. Pełne wątpliwości, niepewności relacje zrównoważone docinkami sprawiają, że chcemy wiedzieć, co będzie dalej. Bo zależy nam na losie tych postaci. Przynajmniej trojga z nich. Aktorzy uciągnęli swoje role i wyrobili nadgodziny nadrabiając to, co w produkcji nie do końca zagrało.

Trzeba przyznać, że scenarzyści sprytnie obeszli problem Iron Fista, który zwyczajnie nie sprawdził się we własnym serialu. Dlatego, mimo że historia kręci się wokół niego, dostał dosyć ograniczony czas ekranowy. Kiedy już się pojawia, bywa różnie. Raz wypada całkiem znośnie, kiedy indziej wraca do postawy zagubionego dzieciaka, którego widzowie mieli dość, ale wtedy właśnie inni spychają go na dalszy plan.

Od strony audio-wizualnej to wciąż pierwsza liga seriali zorientowanych na akcję. Dostajemy ładny, estetyczny balet przemocy (choć dalej zorganizowany według schematu „ustawiamy się w kolejce do bohatera”), budujące nastrój ujęcia wielkiego miasta, płynne przejścia. Od czasu do czasu zdarzają się też ciekawe zabiegi formalne ubarwiające montaż i pokazujące, czym ten serial mógłby być, gdyby ktoś w porę zauważył, co w nim nie gra. Muzyka dalej sprawdza się bardzo dobrze, z wyjątkiem momentu, kiedy jednej w finałowych walk DJ zarzuca tłustym rapsem, niszczącym resztki klimatu.

I wiecie co?… Ten serial wciąż da się oglądać z pewną przyjemością. Wciąga akcją, zatrzymuje nas dzięki bohaterom. Te osiem odcinków pozwala się przyjemnie oderwać od rzeczywistości, po prostu tym razem widzimy wszystkie dziury. Defenders korzystają z patentów, które już nie robią takiego wrażenia, bo widzieliśmy je wcześniej, tylko lepiej wpisane w solowe przygody bohaterów.

Za bardzo odlecieli w stronę komiksowej przaśności, żeby traktować ich tak dobrze, jak poprzedników. Wciąż pozostają na tyle dobrą rozrywką, że jeszcze za wcześnie, by ich skreślać. Może Punisher – i przepowiadany w plotkach Moon Knight – wepchną tę rodzinę seriali z powrotem na właściwe tory.

Defenders, prod. Douglas Petrie, Marco Ramirez, wyst. Charlie Cox, Krysten Ritter, Mike Colter, Finn Jones, Netflix 2017
Ocena: 60%

Kategorie
seriale
Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który potrafi płynnie przejść od słodkiego lenistwa do nadaktywności – i z powrotem. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, rozmaitych hobby, a czasem nawet w otchłań studiów. Publikował, w „Science Fiction Fantasy i Horror”, „LiteRacjach” oraz w portalach internetowych – GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz

REKLAMA
Instagram
  • Grudzień to miesiąc sprawiania sobie i innym małych przyjemności. "Armstrong"  jest właśnie jedną z nich. Cudna książeczka dla małych i dużych.

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagrampl #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #dladzieci #kosmos #wydawnictwoWilga
  • Niech Was nie zawiedzie ta słodycz. To prawdziwy, soczysty thriller. Tak, chodzi o książkę. 😊

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #bookstagrampl #zaczytanegiry
  • Jak tam u Was? Mikołaj już był? 😉🎅✨ #dredd #judgedredd #actionfigure #threea #2000AD #toys #prezenty #mikołajki #popkultura #komiksy #dystryktzero