Netflix
seriale

Daredevil [recenzja]

Marvel znowu to zrobił. Od siedmiu lat pokazuje jak fantastycznie można ograć superbohaterów na wielkim ekranie, teraz uczy konkurencję jak robić poważne superbohaterskie seriale.

Drew Goddard sprawił, że wreszcie można kompletnie zapomnieć o „Daredevilu” z Benem Affleckiem, po którym smrodek ciągnął się przez lata, zarówno za aktorem jak i odgrywaną przez niego postacią. Zespołowi Netflixa udało się wydobyć ogromny potencjał z tego bohatera, pozostać wiernym komiksowemu pierwowzorowi, doskonale przetransferować jego historię do formy serialu  dla wymagających widzów oraz zachować spójność z bardziej rozrywkowym Kinowym Uniwersum Marvela.

Po pierwsze: „Daredevil” to serial dla dorosłych, brutalny, mroczny, nieprzerysowany thriller, który ogląda się jak trzynastogodzinny film. Ogromna w tym zasługa formatu jaki przyjął Netflix, czyli kręcenia i udostępniania całego sezonu na raz, za jednym zamachem. Nie dostaniemy w nim więc przeciwnika tygodnia, odcinków w stylu pustego przebiegu, ani irytującego rozciągania fabuły. Każdy kolejny epizod stanowi część większej układanki, bez której całość nie funkcjonowałaby już tak dobrze. Dzięki temu zarówno opowieść jak i atmosfera są budowane w sposób zwarty i naturalny.

Twórcy bardzo mocno osadzili serial w rzeczywistości, celowo rezygnując z komiksowości, z której tak chętnie korzystają np. „Arrow”, „The Flash” czy „Agenci T.A.R.C.Z.Y.”. Patosu nie stwierdzono, podobnie jak górnolotnych przemówień czy scen zawieszających wiarę w fizykę. A poważny ton i mroczny nastrój nie są tylko cieniutką zasłonką, a istotnym elementem ważnym dla rozwoju akcji.

Po drugie: „Daredevil” to majstersztyk realizacyjny. Począwszy od reżyserii, przez pracę kamery, aż po choreografię walk. Zachwyciły mnie przede wszystkim piękne, długie ujęcia w stylu Tarantino, czy niedawnego „The Raid 2: Berandal” oraz sceny w pełni wykorzystujące stylistykę kina noir – czyli wyraziste cienie, mocne kontrasty, charakterystyczne kadrowanie i wtapianie bohaterów w miejską infrastrukturę. Nowy Jork, a w zasadzie jego część, czyli Hell’s Hitchen, też wygląda jak żywcem wyciągnięty z czarnego filmu: pełno tu zaułków spowitych mgłą, niedziałających latarni, brudnych ulic czy nieużytków. Miasto w skali mikro prezentuje się znacznie bardziej pesymistycznie niż to co oglądaliśmy a „Avengersach”, pokazuje swoje drugie oblicze, gdzie nie docierają echa magii, supermocy i walki z kosmitami.

No i ta choreografia. Tak pięknych scen walki już dawno nie widziałem nawet na dużym ekranie. Twórcy całkowicie zrezygnowali z cięć, niestabilnej kamery, popularnego slow motion i szybkiego montażu, który więcej ukrywa niż pokazuje. Zamiast tych trików mamy statyczną kamerę, która krok po kroku pokazuje akcję, każdy cios, kopniak, odniesioną ranę i zmęczenie. I tu też jest niezwykle realistycznie, bo w przeciwieństwie do np. „The Raid”, gdzie bohater tłucze się przez cały film na jednym wdechu, „Daredevil” doskonale uświadamia jak ciężko jest posłać na deski kogoś wyłącznie gołymi rękami i jak wiele wymaga to wysiłku. Kwintesencją tego podejścia jest sławna już scena z końca drugiego odcinka, zgrabnie cytująca „Oldboya”, w której Murdock z wielkim trudem łomocze się z bandą zbirów. Widz, tak jak i bohater, ulega temu zmęczeniu i nakładowi pracy włożonemu w ich pokonanie.

Po trzecie: „Daredevil” ma świetną obsadę, która zdaje się być stworzona do swoich ról. Charlie Cox to urodzony Matt Murdock, skromny, religijny, dowcipny, niepozorny gość, który nocą zmienia się w twardego mściciela z zasadami. Elden Henson wydaje się być Foggym żywcem wyjętym z komiksu „Daredevil: The Man Without Fear” Franka Millera (na którym zresztą bazuje spora część fabuły), dowcipnym, mądrym i zawsze służącym pomocą. Z kolei Vincent D’Onofrio dotrzymuje obietnicy danej widzom i prezentuje niezwykle złożonego Kingpina, którym targają skrajne emocje i który autentycznie wzbudza respekt i lęk. Jego wątek zresztą jest fenomenalnie poprowadzony, a to jak go wprowadzono na arenę wydarzeń zasługuje na uznanie. Bardzo dobrze rozpisano też role kobiece, które nie sprowadzają się wyłącznie do obiektów westchnień głównych bohaterów i dam w opałach.

W ogóle wątki romantyczne to zupełnie inna kategoria niż to co serwuje się w „Arrow” i „Flashu”, gdzie dorośli ludzie zachowują się jak dzieciaki na balu maturalnym, a damskie maślane oczy, fochy i niezdecydowanie bardziej niż irytują. W „Daredevilu” jeśli już pojawia się uczucie, to jest ono dojrzałe, świadome i prezentowane bez szczeniackich podchodów w stylu „kto się czubi ten się lubi”. I w tej kategorii zdecydowanie przoduje wątek Wilsona Fiska i Vanessy.

Po czwarte: „Daredevil” to obecnie najlepszy serial oparty na komiksie, gdzie absolutnie wszystko jest na swoim miejscu i gra jak należy, a widza nie ogarnia uczucie zażenowania podczas seansu. Fabuła jest świetnie skrojona, akcja dostarcza emocji, a sceny z rozmowami wcale nie nudzą, a niekiedy wręcz trzymają w podobnym napięciu. Twórcy wcale też nie przesadzili z mrokiem i brutalnością, których często się nadużywa w produkcjach z wyższą kategoria wiekową. Mają one swoje uzasadnienie i są logicznie wplecione w fabułę.

I choć „Daredevil” to zupełnie inna bajka niż filmy z serii o Avengersach, również miłośnicy mocno rozrywkowego MCU powinni być ukontentowani subtelnymi odniesieniami do pozostałych produkcji. Pozostaje już mieć tylko nadzieję, że światło dzienne ujrzy kolejny sezon tej piekielnie dobrej serii, a pozostałe zaplanowane tytuły Netflixa („AKA Jessica Jones”,” Luke Cage”, „Iron Fist”, „Defenders” – plotkuje się też o „Punisherze”) utrzymają podobny ton i równie wysoką jakość.

 

Kategorie
seriale
Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.
Komentarz
  • Zet Żet
    1 września 2015 at 13:36
    Skomentuj

    Zgodzić się mogę prawie ze wszystkim.
    Ale:
    1. w pewnym momencie odniosłem wrażenie, że przestali się do choreografii walk przykładać. W pewnym momencie przestają one być tak dobre, jak na początku. Można zobaczyć, że ciosy nie dochodzą.
    2. Zakończenie mnie rozczarowało.
    (Spoiler alert)

    moim zdaniem powinno się zakończyć na tym, że Kingpin trafia do więzienia poprzez jak najbardziej tradycyjne i zgodne z prawem metody. To by było zakończenie pasujące do serialu, przewrotne, autoironiczne. Pokazujące, że Murdock potrzebuje Daredevila, ale Hell’s Kitchen wystarczy Matt i Foggy.
    Poszli trochę na łatwiznę z zakończeniem.

  • Dodaj komentarz