seriale

Castlevania – Krwista przystawka [recenzja]

Dotąd świst bicza kojarzył się widzom głównie z Indianą Johnsem – i odzianą w lateks Michelle Pffeiffer. Jeszcze trochę, a do biblioteczki z tymi konotacjami będzie można dopisać Netflixową Castlevanię, serial animowany z gracją adaptujący motywy słynnej serii gier o polowaniu na Drakulę.

Minie wiele księżyców, nim wampiry w pełni odpokutują to, co uczyniły popkulturze występując w epigonach Zmierzchu. Wciąż ciężko uwierzyć, że te istoty utożsamiano niegdyś z prawdziwymi drapieżnikami oraz opowieściami, które faktycznie mogły wystraszyć kogoś, prócz chłopaka siłą zaciągniętego do kina w Walentynki.

Na szczęście obrazy takie jak Castlevania przywracają wiarę w krwiopijców – i to nie tylko ze względu na odpowiednie ukazanie natury potwora, ale też dzięki porządnej, inteligentnie napisanej fabule, za którą odpowiada Warren Ellis, jeden z najinteligentniejszych rebeliantów wśród scenarzystów komiksowych, filmowych i growych. To człowiek, który pod krwistoczerwonym płaszczykiem prostej historyjki o polowaniu na monstra potrafi sprzedać kilka ciekawych niespodzianek.

Pewnego dnia w zamczysku Drakuli zjawia się Lisa, głodna wiedzy kobieta, która chce pomóc ludzkości. Gospodarz dzieli się z nią naukowymi osiągnięciami i przy okazji odkrywa, że stać go jeszcze na miłość. Sielanka trwa chwilę, bo oblubienica wampira ląduje na stosie za uprawianie magii, zwanej także nauką w kręgach, które opanowały sztukę czytania. Cóż, takie czasy. Wściekły i zraniony wampir postanowił ściągnąć piekło na głowy winowajców, a w perspektywie – całej ludzkości. Rok później w okolicy pojawia się podpity, zgorzkniały typ uzbrojony w bicz i miecz z dziwnym herbem wyszytym na koszuli. Przedstawia się jako Trevor Belmont.

W Castlevanii widać rękę Warrena Ellisa na każdym niemal kroku. Wyciągnął kilka tropów rozrzuconych na dalszym planie gier i uczynił z nich intrygujące motywy budujące tło oraz myśl przewodnią sezonu. Tutaj równie ważne, co walka z potworami okazuje się starcie z ludzką obłudą i tendencją do ulegania charyzmatycznym liderom, zwłaszcza tym, którzy krzywdzą bliźniego swego z imieniem Boga na ustach. Gniew Drakuli i rozpętanie pandemonium to tylko efekt ludzkiego zaślepienia.

Pewnie, myśl tę można by wyłożyć subtelniej, ale i tak poprowadzono ją ze sporą konsewkencją. Niestety, scenariusz momentami traci na płynności, widać kilka zbyt gwałtownych przeskoków i urwanych momentów, zupełnie jakby fabuła potrzebowała kilku dodatkowych minut, a może i całego odcinka na dopełnienie. Cztery epizody to jednak niewiele.

Bohaterów skonstruowano na prostych, ale działających i zgrabnie obrobionych schematach. Książę wampirów, choć pojawia się w zasadzie tylko w pierwszym odcinku, to bohater tragiczny i cierpiący, a jednak bije od niego groza. Prawdziwe zagrożenie stanowi tu fanatyzm i podążanie za iluzjami. No, ale ktoś ten bałagan musi posprzątać. Pada na Belmonta, który trochę zbyt szybko przechodzi przemianę od zgorzkniałego twardziela do rycerza, ale i tak nie traci szorstkiej charyzmy wyrzutka.

Animacja robi znakomite wrażenie. Twórcy połączyli japońską dynamikę z amerykańską dyscypliną, co zaowocowało bardzo strawnym obrazem, nawet dla tych, którzy nie przepadają za azjatyckimi akcentami. W praktyce wygląda to jak połączenie telewizyjnego Hellsinga z dokonaniami Todda McFarlane’a w Spawnie. Artyści budują nastrój w spokojniejszych scenach, a przy sekwencjach akcji nie tylko podkręcają śrubę, ale mają też dość miejsca, by ukłonić się raz czy drugi miłośnikom growej Castlevanii (zwłaszcza części trzeciej, o którą serial mocno oparto).

Mroczną, gotycką stylistykę dopełnia tu gore i akcenty steampunkowe. Świat opisany przez Ellisa i jego ekipę sprytnie bowiem zaciera granicę między magią, a nauką i technologią – w oczach ciemnego ludu to jedno i to samo. Choć pomysł ten póki co nie wybrzmiewa zbyt mocno, w następnych odsłonach serii może zaowocować ciekawymi wątkami pobocznymi.

Można odnieść wrażenie, że te cztery odcinki to nieśmiałe badanie terenu przez Netflix, ale jak widać – pomysł się przyjął, bowiem platforma już zapowiedziała przygotowania do drugiego sezonu Castlevanii – tym razem uzbrojonego w osiem epizodów. Na czymś takim można już budować bardziej kompletną opowieść. Jeśli rzecz pozostanie w rękach Warrena Ellisa, to czeka nas naprawdę soczyste danie.

Castlevania, reż. Sam Deats, scen. i prod. Warren Ellis, wyk. Richard Armitage, Graham McTavish, Emily Swallow i inni, Netflix 2017. Ocena: 75%

Kategorie
seriale
Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który potrafi płynnie przejść od słodkiego lenistwa do nadaktywności – i z powrotem. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, rozmaitych hobby, a czasem nawet w otchłań studiów. Publikował, w „Science Fiction Fantasy i Horror”, „LiteRacjach” oraz w portalach internetowych – GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz