seriale

Bosch – serialowy Harry Bosch i grzechy świata [recenzja]

Oparty na trzech powieściach Michaela Connellyego serial „Bosch” to tak naprawdę trwający blisko osiem godzin kapitalny film kryminalny, który mimo swoich rozmiarów wciąga i nie pozwala oderwać się od telewizora.

Michael Connelly to dziś absolutna mistrzowska elita pisarskiego kryminału, a jego detektyw Harry Bosch, zmęczony życiem, niepokorny glina i miłośnik jazzu ( w tym Tomasza Stańki) w latach 90. przebojem wdarł się do panteonu kryminalnych herosów, zajmując w nim miejsce tuż obok Philipa Marlowe. Mimo iż powieści Connellyego biły rekordy popularności z kinem radził sobie dość przeciętnie. Co prawda Clint Eastwood zrealizował adaptację „Krwawej profesji” ale była nieudana, zaś  Matthew McConaughey zagrał w „Prawniku z Lincolna”, ale film okazał się klapą. Ale nie ma tego złego, a co nie udaje się w kinie… udaje się w telewizji. I to jak się udaje!

Na początku sceptycznie podchodziłem do projektu serialowego „Boscha”, bo jakoś trudno było wyobrazić sobie poszatkowane na godzinne odcinki zagadki z powieści. A tu niespodzianka. Zamiast realizować klasyczny serial policyjny gdzie w każdym odcinku bohater rozwiązuje inną sprawę, Amazon postawił na zamkniętą i zwartą fabułę tyle, że rozciągniętą na dziesięć odcinków. W pierwszym poznajemy Boscha, przeciwko któremu toczy się sprawa w sądzie. Zastrzelił mężczyznę, który według niego był zabójcą, a według prawników niewinną ofiarą porywczego charakteru bohatera. Tym czasem na wzgórzach otaczających Los Angeles pewien słodki pisak, wykopuje kość. Ludzką kość, należącą do zaginionego lata temu chłopca. Rusza śledztwo. Do zabójstwa przyznaje się siedzący w więzieniu seryjny morderca.

Nie, to nie jest dynamiczny i pełen pościgów w stylu powiedzmy „Impersonalnych”. Nie ma tu śladu po współczesnej technice, akcja toczy się leniwo, a bohaterowie o wiele więcej mówią niż biegają. Ale to właśnie powolna narracja i skupienie się na postaciach jest największym atutem „Boscha”, który przypomina dzięki temu perfekcyjnie skonstruowany, długi czarny kryminał. I perfekcyjnie dopracowany. Ale to nie dziwi. Nowopowstały w molochu, jakim jest Amazon, oddział realizujący seriale na potrzeby „Boscha” pożyczył sobie od HBO jednego z najlepszych współczesnych scenarzystów, czyli Erica Overmyera, który (zabrał ponoć do Amazona całą swoją ekipę scenarzystów) przełożył na filmowy język trzy powieści Connellyego („Echo park”, „Betonową blondynkę” i „Cmentarzysko”). Overmyer (pisał m.in. „The Wire” i „Treme”) zadbał o to, aby na ekranie nie zgubiła się specyficzna poetyka prozy Connellyego. To dzięki niemu Los Angeles wygląda tu odkładnie tak jak z powieści (czyli bez blichtru, za to z masą brudu i pustych przestrzeni), a Bosch jest dokładnie takim samym ponurym, skorym do przemocy melancholikiem, jak napisał do Connelly. A Titus Welliver w tytułowej roli to absolutny strzał w dziesiątkę.

Wyśmienicie się tego „Boscha” ogląda. Dokładnie tak jakbyśmy czytali powieść, tyle, że z ruchomymi obrazkami. I tylko teraz musimy czekać rok na kolejny sezon. Ale warto. Oj warto.

Kategorie
seriale
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz