seriale

Blood Drive S01E01 – grindhouse z prawdziwego zdarzenia [recenzja]

Wszystko zaczęło się dekadę temu. To wtedy (w kwietniu  2007 roku) Quentin Tarnatino i Robert Rodriguez wpuścili do kin swoje wspólne dzieło – „Grindhouse”. W Europie jeden długi film podzielono na dwa – „Death Proof” i „Planet Terror”, z obawy że nikt tu nie będzie wiedział o co twórcom chodziło.  A rzecz polegała na tym, że projekt „Grindhouse” był hołdem dla kina exploitation. Zrealizowane za grosze, bardzo brutalne, balansujące na granicy pornografii horrory, filmy sensacyjne i kung-fu, największą popularnością cieszyły się w latach 70. ubiegłego wieku. Widzowie mogli je oglądać w kinach Grindhouse na podwójnych seansach, gdzie za cenę jednego biletu mieli dwa filmy, a pomiędzy nimi – zapowiedzi kolejnych.

Jednak exploitation – tym tandetnym i pełnym okrucieństwa obrazom – nie można odmówić wpływu na rozwój kina. Jednym z najważniejszych twórców, którzy stworzyli legendę grindhouse’ów, był sam Roger Corman, hollywoodzki producent wszech czasów (do tej pory zrealizował prawie 500 tytułów), reżyser i odkrywca talentów. To on wypromował Bruce’a Derna, Roberta De Niro czy Petera Fondę. Wyłożył także pieniądze na „Boxcar Bertha” Martina Scorsese, film wyświetlany w 1972 roku w Grindhouse’ach. Dziś mało kto pamięta o tej produkcji, ale to dzięki niej reżyser mógł zrealizować „Ulice nędzy”.

Ojciec współczesnego horroru, twórca „Koszmaru z ulicy Wiązów” i „Krzyku” Wes Craven swój pierwszy film – znakomity „Ostatni dom po lewej stronie” (1972) – również wyświetlał w tego typu kinach, podobnie jak John Carpenter („Atak na posterunek 13”, 1976). W „Krwawej mamuśce” Cormana (1970) z kolei Robert De Niro pierwszy raz zagrał typowego dla jego późniejszego aktorstwa wyrazistego bandytę. Listę wybitnych twórców, którzy przed laty związani byli z grindhouse’ami, można ciągnąć w nieskończoność, podobnie jak listę filmów, które dziś uznawane są za dzieła kultowe i przełomowe.

Tarantino nigdy nie ukrywał swojej fascynacji takim kinem – szokującym, tandetnym. Dowody znajdziemy w każdym jego filmie. „Wściekłe psy” to wariacja na temat gangsterskiego heist movie (filmów o napadzie z bronią w ręku), „Pulp Fiction” zainspirowała fabuła tanich kryminałów, a „Kill Bill” to hołd złożony filmom kung-fu. Co więcej, razem z Rodriguezem w 1994 roku nakręcił „Od zmierzchu do świtu” – kuriozalne, ale bardzo zabawne połączenie czarnego jak smoła kryminału (gangsterska część jest inspirowana mroczną powieścią „Ucieczka gangstera” Jima Thompsona) z horrorem o wampirach.

„Grindhouse” był więc kolejnym powrotem do przeszłości i zarazem próbą przywrócenia kinu niegrzecznego, niepokornego sznytu. Próbą dodajmy nieudaną. O ile od strony artystycznej „Grindhouse” bronił się jak najbardziej, tak kasowo już nie. Film poległ w kinach tak w Stanach, jak w Europie, a Tarantino i Rodriguez musieli porzucić marzenia o stworzeniu grindhouseowego cyklu.

Wspominam o tym wszystkim nie przez przypadek. Może i planowany cykl nie wypalił, może i film był porażką, ale zasiane w 2007 roku ziarno – retro wycieczki w świat okrucieństwa i kinowej dosłowności – powoli zaczęło przynosić owoce.

Po pierwsze – do powszechnego użytku powróciło określenie „Grindhouse” (swoją drogą Tarantino ma dryg do wskrzeszania nie tylko aktorskich karier, ale i zapomnianych określeń i zwrotów, bo przecież, kto przed „Pulp Fiction” używał określenia pulp?). Po drugie – powoli zaczęły powstawać filmy jawnie bawiące się konwencją, którą próbowali wskrzesić twórcy „Od zmierzchu do świtu”. A zatem mieliśmy w kinach „Tańce truposzy”, „”Drive Angry”, „Angel of Death”, „Zombeavers”  i całą masę innych filmów, które próbowały bawić się estetyką grindhouse’ową. Kwestią czasu było, gdy po delikatnym flircie z taką estetyką („Banshee”) jakaś stacja telewizyjna zdecyduje się stworzyć pełnowymiarowy grndhouse’owy serial.

I tak dochodzimy do „Blood Drive”. Najnowszej produkcji kanały SyFy. Serialu, tak kuriozalnego, jak tylko pozwalają na to ramy gatunku. Ale przy tym radośnie wyciągającego środkowy palec w stronę poprawności politycznej i dobrego smaku.

W skrócie – mamy rok 1999, tyle że fabuła „Blood Drive” umieszczona jest w jakieś alternatywnej rzeczywistości, gdzie do kin ledwo co trafił „Mad Max” a lata 90. to przyszłość. Tak jak w „Mad Maxie” mamy tu świat po wojnie, w którym najdroższym dobrem jest paliwo. Z tą drobną różnicą, że aby ludzie nie zabijali się o benzynę pewna złowroga (a jakżeby inaczej) korporacja wymyśliła samochody… napędzane ludzką krwią. Piękną czerwoną bryką podróżuje seksowna i diablo niebezpieczna Grace. Ma zamiar wystartować w tytułowym wyścigu. Na jej drodze los, tudzież inne fatum stawia przystojnego policjanta, Arthura. Wkrótce ta niedopasowana para, będzie musiała zawrzeć siły w walce z o wiele potężniejszym wrogiem.

Czegoż tu nie ma. Silniki wampiry – obecne. Seks jako paliwo – tak jest. Trupy – milion. Krew – rzeka. Idiotyczne dialogi – cały odcinek. Piękne nogi i pośladki – bardzo tak.

„Blood Drive” (które przypomina „Mad Maxa” skrzyżowanego z „Death Race 2000”, pomieszanego z filmami Tarantino i Rodrigueza) jest wulgarne, niepoprawne politycznie, okrutne i skrajnie idiotyczne. Z tym, że twórcom serialu udaje się rzecz, która dla przykładu nie wyszła Robertowi Rodriguezowi w „Maczecie”. Podczas kiedy on w swoim filmie bawił się w kino gatunkowe i jego film z minuty na minutę coraz bardziej pokorniał, tak tu twórcy ani myślą iść na kompromisy. Jest krwawo, seksistowsko i durnie. Bo tak ma być. Nie przez to przez czterdzieści lat kina gatunkowego seksowne blondynki z wielkim biustem były zjadane przez rekiny, wampiry, zombie (dodaj co chcesz), aby coś w tej materii zmieniać, tylko przez to, że być może przedmiotowe traktowanie kobiet, może utrwalać stereotyp. „Blood Drive” jest stereotypem. I nie próbuje temu zaprzeczać. Za co mu chwała (czytaj cycate panny zostaną paliwem). I byle poziom tandety został utrzymany do końca sezonu. Jeśli to się uda – będziemy mieli grindhouse z prawdziwego zdarzenia.

Blood Drive. Twórca: James Roland. Obsada: Alan Ritchson, Christina Ochoa i inni. Universal Cable Productions (Showmax) 2017. Ocena: 85%

Kategorie
seriale
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz