AMC
seriale

Better Call Saul

Saul Goodman powraca! A właściwie nie Saul, tylko Jimmy McGill. I rzeczywiście, w pierwszych epizodach spin-offu „Breaking Bad” mamy do czynienia z dopiero rodzącą się postacią cwanego i wygadanego prawnika kryminalistów. Ale i tak, na widok perypetii kultowego bohatera gęba po prostu sama się cieszy.

W pierwszych minutach „Better Call Saul” Bob Odenkirk przypomina z wyglądu inną, równie wyśmienicie kreowaną przez niego postać – policjanta-prostaczka z wąsikiem z zeszłorocznego „Fargo”. Po dniu pracy w ciastkarni umiejscowionej w centrum handlowym wraca do domu i grzejąc sie przy kominku ogląda  kasetę VHS z dawnymi, telewizyjnymi reklamami z Saulem w roli głównej. W jego życiu za sprawą Waltera White’a zaszły nieodwracalne zmiany i chcąc nie chcąc, bohater musi przystosować się do nowych okoliczności. W kilkuminutowej, czarno-białej sekwencji widać jak uwiera go proza życia i tak naprawdę na razie nie wiemy, czy jest to cisza przed burzą i czy twórcy w ogóle zajmą się przyszłością Saula Goodmana. Na razie serwują nam klasyczny, rozbudowany fabularnie origin i już po pierwszych epizodach widać, że nie idą na łatwiznę, choć czasami doznajemy uczucia deja vu. Pojawiają się miejsca i przede wszystkim postacie, które odgrywały ważną rolę w „Breaking Bad”, jak Mike Ehrmantraut i gangster Tuco, co od razu podnosi temperaturę na ekranie. Zaskoczenie to pozytywne, ale przede wszystkim intrygujące (Mike!). Widać, że czeka nas jeszcze niemało niespodzianek i zwrotów akcji, ale tego właśnie pragną oddani widzowie wyśmienitego pierwowzoru.

W „Breaking Bad” Vince’e Gilligan stworzył precyzyjny mikrokosmos, rządzący się własną logiką. Historia o chorującym na raka nauczycielu chemii, który zostaje mózgiem wielkiego, przestępczego przedsięwzięcia była najbardziej zadziwiającą mieszanką w historii telewizji. Można w niej było znaleźć dramat rodzinny, komedię pomyłek i przypadków, kino amoralnego niepokoju, westernowe zagrywki i co najważniejsze – kawał wyśmienitej rozrywki. Dużo, a pewnie nie wszystko wymieniłem. Urzekała poetyka absurdu, szczególnie w mistrzowskim użyciu ścieżki dźwiękowej, ale i w scenkach rodzajowych. Widok klientów w poczekalni kiczowatej kancelarii Saula Goodmana przywoływał reminiscencje z filmów Barei. Otóż to – polski widz mógł się w scenerii „Breaking Bad” odnaleźć bez problemu. W pierwszym epizodzie „Better Call Saul” jeszcze to do końca nie działa, dopiero pojawienie się deskorolkowych wyłudzaczy i samego Tuco kieruje nas na znane tory. Odcinek przypomina trochę początki „Breaking Bad”, kiedy historia toczyła się w nieco ślamazarnym, charakterystycznym onegdaj dla produkcji stacji AMC tempie. Cóż, tak musiało być, tak się robi podkład pod wielką historię. Potrzeba było co najmniej kilku epizodów, by twórcy odnaleźli realizacyjny złoty środek i wypłynęli na scenariuszowe, szerokie wody. W „Better Call Saul” nie muszą już niczego szukać i niczego udowadniać. W chwili, gdy przed Saulem Goodamanem otwierają się drzwi pewnego domu i staje w nich znana nam postać z bronią wycelowaną prosto w głowę prawnika, na całego powracamy do mikrokosmosu Vince’a Gilligana. Choć pierwsze kilkadziesiąt minut premierowego odcinka, wcale  tej spodziewanej oczywistości nie sugerowało.

John McGill nie jest jeszcze Saulem Goodmanem. A co za tym idzie, nie jest jeszcze człowiekiem bez skrupułów i mistrzem w naginaniu prawa do swoich potrzeb, który potrafi znaleźć wyjście z każdej sytuacji. Historia rozpoczyna się kilka lat przed fabularną ścieżką „Breaking Bad”. Prawnik pokazuje swoje oratorskie możliwości (miejsce narodzin głównego bohatera to miasto Cicero w stanie Illinois) jako zwykły obrońca z urzędu. Poza tym ma starszego brata o imieniu Charles, również prawnika, obecnie niepraktykującego i cierpiącego na tajemniczą chorobę, która nie pozwala mu przebywać w pobliżu jakiegokolwiek pola elektromagnetycznego. Saul troszczy się o brata, ale też spiera się z nim o wizję świata. Chuck to idealista. Współtworzył wielką firmę prawniczą, która teraz zostawiła go na lodzie. Saul chce firmę oskubać, Chuck nie chce iść tą drogą, bo równałoby się to utracie pracy dla dużej liczby osób. Chuck, rozdartemu między miłością do brata, a własnymi poglądami na funkcjonowania prawa Saulowi mówi w pewnym momencie, że powinien skorzystać z trzeciej opcji – znaleźć w końcu własną tożsamość. Walter White powiedział pod koniec swojej drogi, ze robił to co robił, bo lubił to i był w tym dobry. Słowa brata docierają do Saula. Od tej chwili będzie robił to, w czym jest najlepszy. A reszta świata będzie po prostu jego widownią.

Kategorie
seriale
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore’a. Pisał artykuły do „Nowej Fantastyki”, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz