seriale

Atlanta – czarni w krzywym zwierciadle [recenzja]

[infoox]Donald Glover będzie niebawem powszechnie znany jako młody Lando Carlissian z sagi „Star Wars”. Nam jest za to znany jako twórca świetnej, serialowej „Atlanty” i stały element obsady nieodżałowanego „Community”.

Ta historia ciekawie się układa. A zatem w telegraficznym skrócie: wiele lat temu (i  nie był to wcale początek), w pewnym filmie Sidney Poitier był zapraszany na obiad – jakież to wówczas było poruszenie i jednocześnie próba przekroczenia Rubikonu. Dużo później pojawił się Spike Lee i tworzył swe zaangażowane, czasem wojujące filmy. Tkwiący w codziennej rzeczywistości dramat dostrzegł (zresztą nie tylko on) John Singelton w „Chłopakach z sąsiedztwa”. Potem był pierwszy Oscar dla czarnoskórej aktorki za rolę pierwszoplanową, a jeszcze później przydarzył się czarnoskóry prezydent USA. Zamieszki po policyjnych interwencjach wybuchały dwadzieścia kilka lat temu i wybuchają dwadzieścia kilka lat później. My jakiś czas temu pisaliśmy o „Dope” i próbie ucieczki od stereotypów, w które wtłaczana jest czarnoskóra społeczność  i to  często za sprawą samej siebie.  Obecny rok to kolejne punkty (a może i kamienie milowe) tej historii.

[quote align=’right’]W „Atlancie” nie ma nic na siłę, jest pójście ścieżką normalności i odkrywania najprostszych, życiowych  prawd, nawet jeśli wyglądają one na nieco głupawe.

Prawda, z jednej strony wciąż doświadczamy awantur o kolor skóry, ot choćby jakiś czas temu z  Oscarami w tle. Ale są też tacy twórcy, którzy zakasują rękawy i raz – nie boją sie odważnego spojrzenia na drażliwe tematy („American Crime Story: Sprawa O.J. Simpsona„), dwa, dostrzegają te wartości kultury czarnej Ameryki, które czekają na pogłębione, artystyczne  spojrzenie. Stąd mamy „The Get Down”, czyli próbę stworzenia nowego mitu założycielskiego. Ale sztuka domaga się czegoś więcej – prawdy i powiewu normalności. Stąd też „Luke Cage” i fascynujący obraz czarnej społeczności, stąd też sukces zeszłorocznego „Black-ish”, w którym czarni zaczęli podśmiewać się, czy nawet drwić z samych siebie. A ukoronowaniem tej mentalno-kulturowej ewolucji, za sprawą której spojrzano na czarnoskórych mieszkańców USA odnotowując ich wszelkie wady i zalety, jest niepozorna „Atlanta”.

Na pierwszy rzut oka wszystko jest bez zmian. Ów serial również wygląda na opowieść o całkowicie odrębnej kulturze i społeczności, bo przecież na ekranie wciąż czarni, wciąż te same klimaty – gangsta rap, nocne kluby, stosunek do życia w stylu mam na wszystko wywalone i nadużywanie słowa kluczowego „nigger”. Tak, niby jest po staremu, a jednak coś jest inaczej. Bo po pierwsze, nie czujemy kompleksów uwydatnianych wcześniej w dziesiątkach filmowych opowieści właśnie poprzez eksponowanie odmienności (ot choćby w stylu ubierania się), po drugie jest humor i jest dystans. Ów dystans jest  chyba najważniejszy w tej pokawałkowanej, epizodycznej fabule zapełnionej trafnymi, społeczno-obyczajowymi obserwacjami. Czasem jest beka, bo dlaczego nie, ale beka cholernie inteligentna, jak w epizodzie z czarnym Justinem Bieberem, czy w znakomitym odcinku z pewnym telewizyjnym programem, w którym oprócz prowokowanej przez prowadzącego światopoglądowej kłótni, mamy jeszcze czarnoskórego ziomka uważającego się za stuprocentowego białasa. Zalewani jesteśmy dawkami humoru abstrakcyjnego, humoru sytuacyjnego, a gdzieś pod jego warstwą kryje się egzystencjalna refleksja mówiąca o tym, że przecież, kurde, jesteśmy tacy sami i w rzeczywistości niczym się nie różnimy oprócz tego głupiego szczegółu, jakim jest kolor skóry. Tylko dziwnym trafem, niemal wszyscy mają na jego punkcie obsesję. Jak można uwolnić się od tej obsesji? Ot, choćby pokazując rzeczywistość trochę w krzywym zwierciadle, uwydatniającym jej absurdy. Właśnie tak, jak w „Atlancie”.

Jak to – zapytamy. Takie rzeczy w serialu o perypetiach czarnego rapera i jego rosnącej (czy raczej drepczącej) popularności? Jest tu jeszcze jego kuzyn, Earn (w tej roli twórca serialu, Donald Glover), światły, inteligentny  młodzieniec, który jednak porzucił studia i za bardzo nie wie co zrobić ze swoim życiem, póki nie dostrzega szansy na karierę menadżera u boku rapującego kuzyna. Oglądamy momentami zadziwiające perypetie tej dwójki plus osób z ich kręgu, czując jak podczas seansu twórca łączy w jedno naczynie stylistykę filmów Jarmuscha i Tarantino. Tak, mówi nam Donald Glover, przyszły Lando Calrissian, popatrzcie. Nawet nie próbuję moich bohaterów wyrwać z utartych  stereotypów, tylko staram się pokazać ich trochę z innej strony. Bo przecież wszyscy dzielimy absurdy życia, niezależnie od koloru skóry i wszyscy tkwimy w stereotypach.

Ważne, by potrafić  podejść do nich z dystansem. Zostaje wtedy samo egzystencjalne mięcho i zacierają się dzielące nas różnice. Owszem, zawsze będziemy obcować z jakimś rodzajem egzotyki podglądając inną kulturę, ale siłą „Atlanty” jest właśnie to, że z czasem zaczynamy rozumieć, iż podpatrujemy samych siebie. I stąd co i rusz nasze grymasy bądź wybuchy śmiechu, no bo skąd indziej? Rzecz w tym, że w „Atlancie” nie ma nic na siłę, jest pójście ścieżką normalności i odkrywania najprostszych, życiowych  prawd, nawet jeśli wyglądają one  na nieco głupawe (jak w tym odcinku o konsekwencjach spotkania dwóch przyjaciółek). A nie od dzisiaj wiadomo, że normalność potrafi zadziwić, a prawda  wyzwolić. Nawet jeśli z wierzchu wydaje się być niepoważna i nazbyt płytka, to jej rola pozostaje taka sama. A to wszystko w tak niepozornym, niepoważnym wręcz serialu. I dlatego „Atlanta” rulez!

 

 

Kategorie
seriale
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore’a. Pisał artykuły do „Nowej Fantastyki”, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz