RECENZJE

Amerykańscy bogowie 01×01 – bogowie są łakomi [recenzja]

„Amerykańskich Bogów” Neila Gaimana spotkały dwie dobre rzeczy. Po pierwsze, za produkcję serialu wzięła się stacja Starz. Po drugie, ze jego sterami stanął Brian Fuller. Efekt jest już widoczny w pilotowym odcinku.

                „Amerykańscy bogowie” to jak dotąd wciąż najambitniejsza powieść brytyjskiego autora. W wielkim skrócie opowiadająca o powracającym w przeróżnych konfiguracjach w kulturze starciu nowego ze starym, konflikcie tego co odchodzi z tym, co je zastąpiło. W jakże atrakcyjnej fabularnie optyce Gaimana, to po prostu walka starych, zapomnianych bogów z nowymi, którym my wszyscy,  świadomie bądź nie, hołdujemy. Stąd też w prologu serialu, zanim zatopimy się we współczesności niczym z koszmarnego snu, dostajemy krótką, ale za to diabelnie krwawą  przypowieść o przybyciu Wikingów do Nowego Świata w IX wieku.

Różni się ona od tej książkowej poziomem okrucieństwa, różni się także wizjami Gaimana i Fullera. U tego drugiego przemoc musi być piękna i nierzadko też irracjonalna w swym wymiarze – Gaiman w książce obył się bez tego, stawiając we fragmencie o Wikingach na krótką (choć też naznaczoną przemocą) dosadną, istotną dla powieści puentę,  bez celebracji, którą tak uwielbia Bryan Fuller. Ale Fuller to przecież facet od serialowego „Hannibala”, w którym jak pamiętamy, pozwolił sobie na totalny odlot. I wszystko na to wskazuje, że w „Amerykańskich bogach” ów twórca będzie leciał równie wysoko. Jeśli nie wyżej.

                Jak już bowiem wspomniałem, serial produkuje stacja Starz, której w ogóle nie straszna nagość i przemoc, co można chociażby sprawdzić na przykładzie „Spartakusa” i „Piratów”. W Starz nie boją się również inscenizacyjnego rozmachu, co w przypadku „Amerykańskich bogów” – mimo że w przeważającej większości rozgrywają się we współczesności – także jest pożądanym elementem.  Jedyną trudnością może być tu siła wizji Fullera, wizji za którą kochają go tysiące fanów, wizji, której nie przetrwała większość seriali twórcy, bezlitośnie kasowanych przez producentów. Bo Fuller uwielbia formalne eksperymenty, lubi zabawę, lub wręcz nicowanie pierwotnej opowieści, po prostu nie jest jakimś zwykłym kopistą, tylko swym dziełom nadaje nowego sznytu.

Tego właśnie można było się podziewać po wikińskim prologu serialowych „Amerykańskich bogów”, ale o dziwo, dalej fabuła posuwa się niemal w stuprocentowej zgodzie z tą znaną z książki. Główny bohater o jakże symbolicznym imieniu – Cień – po odsiedzeniu kary wychodzi z więzienia kilka dni wcześniej niż to było w planie i zmierza na pogrzeb tragicznie zmarłej zony. To podróż z rodzaju dziwacznych, pełna niespodzianek i równie dziwacznych znajomości. Splot wydarzeń sprawia, że przyjmuje pracę u zagadkowego i rozgadanego oszusta. Dostajemy jeszcze  bardzo dziwaczną bójkę w barze, tajemniczą monetę i nerwowe, mocne sceny na pogrzebie żony bohatera i jakiś czas po nim. Są też rozpasane kolorystycznie i z pewnością znaczące sny Cienia oraz niemal nieustanna, wywołująca niepokój muzyka  w tle. No i jedna z najbardziej zaskakujących scen seksu w historii telewizji.

Wszystko składa się na spektakl, który przypomina zły, ale fascynujący sen i bardzo udanie koresponduje z pozornie beznamiętną narracją z książki Gaimana. Jest też ostatnie kilka minut pilotowego odcinka, w których pociąg do niezwykłości Fullera daje mocno znać o siebie, odbiegając mocno od bliźniaczej sceny w powieści, ale za to wywołując u widza efekt „łoł”!. To dzięki tej scenie wydaje się, że Fuller, kilkanaście lat po premierze powieści znalazł na nią swój patent i ma zamiar podążyć w zupełnie nieprzewidywalne rejony, wcale przy tym nie trzymając nas za rączkę. Dobrze, że między odcinkami są tygodniowe odstępy, bo seriale Fullera średnio nadają się do binge-watching, choć gdybyśmy mieli tego możliwość, niechybnie byśmy z niej skorzystali. Można byłoby to przypłacić totalnym skołowaceniem, bo zarówno „Hanninbal”, jak i opowieść o starych i nowych bogach mocno przegrzewają mózg.

Ach, jeszcze słówko o aktorach. Cień w wykonaniu pamiętanego przez wiele nastolatek z „The 100”  Ricky’ego Whittle’a na razie jest jaki jest, czyli  poprawny – od twardziela o wrażliwej duszy raczej nie można więcej wymagać. Mocny  występ zalicza Pablo Schreiber znany ze świetnej roli Pornowąsa w „Orange is the New Black”. O pewnej bogini z łakomym łonem może lepiej nie wspominać. Ale z pewnością show kradnie Ian McShane jako tajemniczy pan Wednesday, pracodawca Cienia. Sorry, sir Anthony Hopkinsie, ale ten bóg zjada Twojego (z pewnego znanego filmowego cyklu) już na poczekaniu. Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy, na więcej bogów (Gillian Anderson!) i zbliżającą się, zapowiadaną przez bohaterów burzę.

Amerykańscy bogowie (American Gods). Twórcy: Bryan Fuller, Michael Green. Występują: Ricky Whittle, Ian McShane, Emily Browning, USA 2017 (Starz)

Ocena: 80% (znakomity)

 

 

Kategorie
RECENZJEseriale
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.
Komentarz
  • Anonim
    1 maja 2017 at 18:09
    Skomentuj

    miazga

  • Dodaj komentarz