Muzyka

Wolves – oczekiwania spełnione [recenzja]

 

Niemal trzy lata ciszy po premierze „The Black Market” ciągnęły się dla fanów Rise Against niemiłosiernie, ale w końcu stało się – najnowszy album od wczoraj kręci się w naszych odtwarzaczach. I choć nie ma szans by zadowolić wszystkich, po niezbyt przekonującym „The Black Market” stanowi niezbity dowód powrotu do formy czwórki Amerykanów.

Rise Against w ciągu ostatniej dekady urosło miana zespołu wręcz kultowego. Zaangażowani politycznie i wyrażający swoje zdanie poprzez jedne z bardziej wartościowych tekstów w gatunku,  grający z pasją budzącą chęć sięgnięcia po pochodnie i dołączenia do rewolucyjnego pochodu Amerykanie znaleźli miliony wiernych słuchaczy. Jestem przekonany, że po „Wolves” baza miłośników ich twórczości jedynie się powiększy.

Ósmy studyjny album Rise Against to rzecz w dużej mierze zainspirowana wynikami zeszłorocznych prezydenckich wyborów, które rozbiły Stany Zjednoczone na pół. Panowie dają upust swej frustracji w kilku kawałkach, jak choćby „Welcome to the Breakdown”, czy wiele mówiącym już swym tytułem „Bullshit”. W porównaniu do dość miałkiego pod tym względem „The Black Market”, to miła odmiana, bo kwartet daje radę w pełni wtedy, kiedy gra na – kolokwialnie mówiąc – wkurwie.

Nowe wydawnictwo zapowiadano też jako powrót do bardziej agresywnego punkowego grania. I znów, jeśli brać pod uwagę płytę „Wolves” poprzedzającą, w wielu przypadkach jest zauważalnie bardziej dynamicznie i pomysłowo, jednak nastawiać się na powrót do rytmów rodem z „Revolutions per Minute” czy „Siren Song of the Counter Culture” zwyczajnie nie ma po co – mimo braku kładących so snu ballad jako takich, do mocniejszych, stricte punkowych korzeni nawiązuje tu w zasadzie tylko bonusowy utwór „Broadcast[Signal]Frequency”. Z tego względu najnowszy album Rise Against nałatwiej określić zatem wypadkową czterech ich poprzednich płyt i jeśli tego typu muzyki oczekiwaliście, nawet nie ma potrzeby wahać się przed zakupem. Niezmienny pozostaje również poziom techniczny całego słuchowiska. To z jednej strony niby te same środki jakie znamy od lat, ale wyciągającego całość na poziomy skrajnej desperacji głosu McIlratha w połączeniu ze świetnymi riffami słucha się zwyczajnie z niegasnącym zainteresowaniem.  

„Wolves” to ukłon w stronę tych, którym podobały się w szczególności „Appeal to Reason” i „Endgame”. Fani starszych płyt znów będą kręcić nosem, że brzmienia to zbyt miękkie – nie zmienia to jednak faktu, że w melodyjnym hardcore wciąż ze świecą szukać albumów na podobnym poziomie emocjonalności. Czyli – jest dobrze, a w kilku przypadkach nawet i lepiej.

Wolves. Wykonawca: Rise Against. Universal Music Polska, 2017. Ocena końcowa: 75%

Kategorie
Muzyka
Maciej Bachorski

Rocznik ’87. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu „Obcego”, „Cosia” czy „Ukrytego Wymiaru”, rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę. Publikował w „Nowej Fantastyce”, a także w serwisach „Horror Online”, „Szortal” (audiobook „Reguła Rothmana”), „Niedobre Literki” i „film.org.pl”. Z „Dziką Bandą” związany od października 2015 roku.

3 komentarze
  • tabuuuu
    11 czerwca 2017 at 17:23
    Skomentuj

    Wkradł się mały błąd 🙂 miałeś pewnie na myśli płytę „Endgame”, której pierszym utworem jest „Architects” 🙂

    Mój ulubiony utwór z albumu to How Many Walls.

  • Maciej Bachorski
    Maciej Bachorski
    11 czerwca 2017 at 18:29
    Skomentuj

    Cholera, rzeczywiście, ale walnąłem 😀 I jeszcze żeby było śmieszniej dyskografia leży przed nosem na półeczce. Wstyd i poprawiam się 😉

    • tabuuuu
      15 czerwca 2017 at 16:49
      Skomentuj

      hahaha, nic się nie stało! u mnie też stoi na półce, nie mam niestety dwóch pierwszych bo trudno je dostać :/

    Dodaj komentarz