Sony Music
Muzyka

Uptown Special

Mark Ronson, król lansu, właściciel najlepszych garniturów i najlepszej fryzury w świecie muzyki pop powraca z nowym albumem. Tym razem zabiera nas na dźwiękową wycieczkę w głąb czarnej muzyki lat 70. I wiecie co? Trudno się od tej płyty uwolnić.

Bardzo chciałem, aby ten album mi się nie spodobał. Nigdy nie byłem fanem Ronsona. Więcej –  gigantyczne ego wylewające się z każdego wywiadu powodowało, że na brzmienie jego nazwiska mój organizm reagował odruchem wymiotnym. Choć będąc szczerym muszę przyznać jedno – można Ronsona nie lubić, można mieć go dość, ale nie zmienia to faktu, ze w ostatniej dekadzie to on porwał do tańca Europejczyków. Zarówno jego solowe projekty (reanimujące brzmienie pop lat 80.) jak produkowane albumy (Amy Winehouse, Adele) okazywały się spektakularnymi hitami.

W 2010 roku tuż po wydaniu płyty „Record Collection” Ronson zamilkł. Wciąż produkował albumy (m.in. Paula McCartney’a, Lany Del Rey, Bruno Marsa), ale własnych płyt nie wydawał. Dopiero po czteroletnie przewie, pod koniec 2014 roku światło dzienne ujrzał pierwszy singiel sygnowany jego nazwiskiem.  I znów stało się to, co stać się musiało – „Uptown Funk” nagrany w duecie z Bruno Marsem podbił listy przebojów Billboardu. Ten typ już tak ma.

A wracając do płyty. Jak pisałem – bardzo chciałem usiąść sobie i przejechać się po niej jak po najgorszym chłamie. Zrzuciłem album na iPoda i odpaliłem. O piątej rano w służbowej podróży. I co? Jak byłem zaspany i przeklinałem świat za to, że zmusza mnie do wyjeżdżania, kiedy normalni ludzie śpią, tak z każdym kolejnym utworem czułem się coraz bardziej rozbudzony, radosny a moje zimne jak lód serce wypełniała miłość do świata i ludzi.

Otwierająca album miniaturka „Uptown’s First Finale” z gościnnym udziałem Steve Wondera przenosi nas gdzieś dodo połowy lat 70. Listami przebojów rządzi taneczny pop, soul i funk. Steve Wonder występuje na legendarnym już koncercie w Kingston, w kinach rekordy frekwencyjne pobiło „Superfly” a Marvin Gaye żyje, ma się dobrze i nagrywa genialne płyty. To wszystko przypomina się raptem w niecałe dwie minuty. Potem jest jeszcze lepiej. „Summer Breaking” nagrane w duecie z Kevinem Parkerem z Tama Impala to czysty bujający pop pomieszany z soulem, który powinna nagrać Gloria Gaynor. Kolejne  „Feel Right” nagrane z Mysticalem to numer rodem z płyty Jamesa Browna. I tak dalej. Przez czterdzieści minut Ronson bawi się czarną muzyką żonglując charakterystycznymi jej elementami.

Pewnie, że „Uptown Special” to album wtórny. Ronson nie rozwija muzycznych motywów, nie próbuje dodawać do muzyki czegoś od siebie. Jest tylko zdolnym kopistą, który oddaje hołd czarnym bitom. Ale to nie przeszkadza. Słychać tu, że i Ronson, i zebrani na płycie muzycy kochają retro brzmienia i grają je z czułością i miłością. I to jest najważniejsze. Fakt, że nie czujemy słuchając tego albumu wyrachowanej kalkulacji a czystą radość. A takiego „Daffodils” mogę słuchać bez końca. Poważnie. Nigdy nie sądziłem, że dożyję czasów kiedy spodoba mi się krążek Ronsona. I stało się. Ale nie żałuję.

 

Kategorie
Muzyka
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz