Muzyka

Space Police – Defenders of the Crown

 

Space Police – Defenders of the Crown, Edguy, Nuclear Blast

 

Kiedyś byli jednymi z największych na świecie propagatorów power metalu, dziś młocą głównie wypolerowanego brzmieniowo kabaret-rocka. Niby wciąż wychodzi im to całkiem nieźle, ale dawni fani z pewnością tęsknią za większą mocą i poważniejszą aurą dawnych nagrań grupy. A najnowsze dzieło Edguy zatytułowane „Space Police – Defenders of the Crown” jeszcze bardziej niż kilka poprzednich albumów skupia się przede wszystkim na robieniu sobie rockowych jaj.

 

Lider zespołu, Tobias Sammet, zawsze chełpił się tym, że sam podejmuje wszystkie decyzje artystyczne w związku z ostatecznym kształtem albumów Edguy i nie pozwala się w nic wcinać wytwórni. Jeśli faktycznie wciąż tak jest, to w przypadku „Space Police – Defenders of the Crown” nie zawsze podejmował decyzje właściwe. Weźmy chociażby pierwszy utwór z tej płyty, do którego nakręcono klip: „Love Tyger”. Pomińmy już litościwie fakt, że filmik sam w sobie nie jest najlepszy (i na pewno nie aż tak zabawny, jak chciałby być) i skupmy się na muzyce. Czy to jeszcze w ogóle rock? Rzecz brzmi przecież jak wyjątkowo lichy pop, a jedynymi ciekawszymi momentami są tu chwytliwe refreny i melodyjna gitarowa solówka. Tylko czy nie szkoda marnować takiego utalentowanego perkusistę jak Felix Bohnke do odgrywania banalnych, pozbawionych jakiejkolwiek mocy partii, jakie tutaj słyszymy? Trochę wstyd, panie Sammet. A zajmujący się produkcją płyty Sascha Paeth też nie powinien puszczać tego kawałka kolegom po fachu.

 

 

Takiego „spopowienie” brzmienia może oczywiście świadczyć o marzeniach podbicia radiowych list przebojów – i w sumie trudno tu mieć do kolegi Sammeta pretensje. Tyle, że po prostu bardziej komercyjne granie nie wychodzi mu tak dobrze, jak trzymanie się bardziej metalowych ścieżek. Dobrym przykładem jest na to sześciominutowy utwór „The Realms of Baba Yaga”, który robi się zdecydowanie ciekawszy wtedy, kiedy Sammet przestaje wyśpiewywać te swoje gładkie melodyjki, a kontrolę nad kompozycją przejmują instrumentaliści – tak, tutaj perkusista może już sobie trochę poszaleć. No i na szczęście „Baba Yaga” brzmi już znacznie soczyściej niż poprzedzający ją „Tyger”.

 

Zresztą nie mam zamiaru nikomu wmawiać, że cała nowa płyta to pozbawiony kręgosłupa pop-rock. Przeciwnie, numery w stylu „Love Tyger” są na nim raczej irytującym przerywnikiem (zaliczyłbym do tej grupy jeszcze tylko smętnie poplumkujący „Do Me Like A Caveman” i błahą balladzinę „Alone in Myself” bo już przeróbka numeru Falco „Rock Me Amadeus”, o dziwo, wypada całkiem czadowo). Znakomity jest choćby sam początek albumu w postaci tętniącego energią „Sabre and Torch” oraz dwóch (!) następujących po sobie utworów tytułowych: „Space Police” i „Defenders of the Crown”. A długi, podniosły finał w postaci „The Eternal Wayfarer” przywodzi na myśl najlepsze epickie kompozycje z wczesnych lat działalności grupy. Źle więc na pewno nie jest, ale można odnieść wrażenie, że grupa coraz częściej błądzi w muzycznych zaułkach, gdzie nie bardzo kto ma ich słuchać.

 

A tutaj Edguy z czasów kiedy grał jeszcze równiej i poważniej:

 

 

Kategorie
Muzyka
Bartek Paszylk

Bartłomiej Paszylk jest autorem przekrojowej książki na temat kina grozy pt. „Leksykon filmowego horroru”, a także anglojęzycznej pozycji dotyczącej horrorów kultowych pt. „The Pleasure and Pain of Cult Horror Films”. Zajmował się również redagowaniem takich antologii grozy, jak: „City 1″, „City 2″ oraz „Najlepsze horrory A.D. 2012″.

Jego artykuły, recenzje i wywiady publikowano w popularnych czasopismach oraz portalach internetowych zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Obecnie pełni funkcję redaktora magazynu Grabarz Polski i pisze teksty oraz recenzje dla Dzikiej Bandy, Nowej Fantastyki i Drivera.

Dodaj komentarz