Bad Seeds Ltd
Muzyka

Skeleton Tree – kronika rozpaczy i śmierci [recenzja]

Dla wielbicieli „Where the Wild Roses Grow” zła wiadomość. Przyjemnych piosenek tu nie uświadczycie. Osiem nowych kompozycji to podróż do świata mroku, brudu i smutku. Świata ascetycznego. Opartego na pojedynczych dźwiękach i liniach melodycznych, których czasami trzyma się tylko Cave.

Nieczęsto się czegoś boję. A płyty to wystraszyłem się chyba w życiu po raz pierwszy. I to, paradoksalnie, płyty artysty, którego wielbię od dwudziestu lat ze sporym okładem. Tego się nie spodziewałem. Nie sądziłem, że „Skeleton Treen” przeleży na półce niemal miesiąc, zanim odważę się zamknąć oczy i w skupieniu wysłuchać tego albumu.

Każdy lęk ma swoje racjonalne podstawy. Odkąd zostałem ojcem przeraża mnie tylko jedna rzecz. Śmierć dziecka. Świadomość, że istota której dało się życie, którą próbuje się wychowywać, może pewnego dnia zgasnąć, a ja nie będę mógł nic na to poradzić. Nie dziwi mnie zatem fakt, że moje ciało i umysł powiedziały tej płycie – nie. Nie mogło być inaczej, skoro „Skeleton Tree” to album, na którym Cave mierzy się z osobistą tragedią, jaką była śmierć syna.

Śmierć straszna, niepotrzebna i w swoim tragizmie, niebywale przewrotnie okrutna. Nick nigdy nie ukrywał swoich narkotykowych ekscesów, pół życia spędził uzależniony od heroiny, a do rockowej mitologii przeszły opowieści o ilości jego przedawkowań. Co nie zabiło ojca, zabiło syna. Arthur spadł z klifu po tym jak po zażyciu LSD, wybrał się na spacer.

Nie potrafię sobie wyobrazić co czuje rodzic, który dowiaduje się o śmierci dziecka. Co dopiero wyobrazić sobie, co czuje człowiek, na którym los złośliwie się mści. I dlatego też „Skeleton Tree” czekało. Czekało, na moment aż w głowie ułożę sobie życie na tyle, aby móc mierzyć się z lękami i zanurzyć w świat żalu i rozpaczy. Tym razem nie udawanej. Tym razem nie błahej i banalnej (w stylu rzuciła mnie dziewczyna, kolega oszukał, a psa zastrzelili). Cave na wielu albumach rozliczał się przecież już ze swoim życiem. Na „Murder Ballads” zabijał symbolicznie swoje uzależnienie. Na „Tender Pray” walczył z heroiną i rozpadającym się życiem. Tym razem przyszło mu zmierzyć się z czymś na, co wpływu nie ma. Bo z dna można się podnieść. Narkotyki rzucić. Ale dziecka nie da się ożywić.

Cave należy do nielicznego grona artystów rozwijających się poszukujących. Nielicznego, bo w muzyce rockowej, muzykom zdarza się niebywale często osiadać na laurach, tudzież znajdować swoją niszę i eksplorować ją póki nie zanudzą nią fanów i siebie. Cave szuka. Od prostego, wściekłego punk rocka, przez bluesa, folk, gospel, po muzykę filmową. Od blisko czterdziestu lat opowiada swoje mroczne historie próbując się z niemal każdym gatunkiem. Co ważne – na każdym odciskając swoje własne, rozpoznawalne piętno.

Poprzednia studyjna płyta The Bad Seeds, „Push the Sky Away”, była wyprawą w świat coraz mocniej podszyty elektroniką. Oszczędne aranżacje podkreślały tylko obsesyjność tekstów i ich mroczny wydźwięk. „Skeleton Tree” zaś zaczyna się w miejscu, w którym „Push…” się kończyło. Jest to zatem bezpośrednia kontynuacja tamtego brzmienia, tyle że podszyta… Inaczej. Tyle, że na „Push…” zespół badał teren, zaś na „Skeleton…” panowie porzucają wszelkie hamulce i rzucają się przed siebie w świat pokręconych dźwięków, atonalnych zabaw i mrocznych elektronicznych plam.

Dla wielbicieli „Where the Wild Roses Grow” zła wiadomość. Przyjemnych piosenek tu nie uświadczycie. Osiem nowych kompozycji to podróż do świata mroku, brudu i smutku. Świata ascetycznego. Opartego na pojedynczych dźwiękach i liniach melodycznych, których czasami trzyma się tylko Cave. Reszta zespołu gra coś zupełnie innego. Jednak bez obaw. Choć są tacy, którzy nazywają ten album awangardowym, to wciąż są piosenki. Przejmujące. Chwilami przebojowe („Rings of Saturn”), chwilami przygnębiające jak mało co („Anthrocene”), chwilami porażające smutkiem i pięknej równocześnie („I Need You”). Piosenki, w których próżno szukać banalnych słów o żalu i utracie. Piosenki, które choć niebywale subtelne, napędza wściekłość. Tylko że jest to wściekłość, która nie wyraża się w gniewie czy agresji, a w niemej niezgodzie. Ta płyta to płyta rozpaczy, ale nie ma w niej dosłowności choćby „Murder Ballads”. Jest człowiek, który cierpi a swoje cierpienie zamienia w sztukę. Wybitną sztukę.

Kategorie
Muzyka
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz