Universal Music
Muzyka

Rebel Heart

Trzynasty studyjny album Madonny i zarazem kolejna płyta, na której królowa muzyki pop brzmi jak… pensjonarka aspirująca do tego tytułu.

 

Źle się dzieje w królestwie Madonny. Ale to nie nowość. Źle się dzieje od czasu wydania „Confessions on a Dance Floor” z 2005 roku. Na tej płycie były jeszcze dwa, trzy przeboje, które szturmem wbiły się w listy przebojów, ale przede wszystkim do świadomości szerokiego odbiorcy. Na kolejnych płytach takowych już uświadczyć trudno. Ani „Hard Candy” (2008), ani „MDNA” (2012) nie przyniosły nam popowych hitów, nuconych przez przedstawicieli każdego pokolenia. Zupełnie jakby Madonna trafiła w muzyczną próżnię. Owszem oddani fani wciąż ją wielbili, ale jej nowa muzyka w żaden sposób nie wyróżniała się od innych popowych płyt, jakie pojawiały się na rynku.

„Rebel Heart” miał to zmienić. Miał być krążkiem, którym Madonna wraca nie tylko na szczyt, ale do świadomości odbiorców, którzy nie koniecznie za nią przepadają, ale uwielbiają tańczyć do dobrego popu. Efekt? Trzy otwierające płytę piosenki faktycznie brzmią świeżo, jakby artystka nareszcie znalazła na siebie pomysł i energię do śpiewania w studio. Bo może i na scenie wokalistka jest królową, ale na ostatnich płytach nią nie była. Zgrane na jednym bicie utwory zlewały się w jedną papkę.

Tu mimo Madonna spróbowała znaleźć pomost między swoją muzyką z lat 80. a współczesnym mocno podbitym elektroniką popem. W efekcie mamy takie „Ghosttown”  czy „Joan of Arc” – piosenki, które równie dobrze mogłyby trafić na jakiś krążek z przełomu lat 80. i 90. Kiedy jednak Madonna przyspiesza… magia jej głosu znika a piosenki niczym nie wyróżniają się na tle tego, co robią młodsze koleżanki. Oczywiście Madonna po swojemu i z wdziękiem słonicy w składzie porcelany próbuje szokować w tekstach, a to śpiewając o tym jak Bóg lubi jej cipkę, a to obwieszczając światu, że seks z nią jest niezapomniany. Cieszy fakt, iż pięćdziesięcioośmioletnia kobieta wciąż ma apetyt na seks i wciąż wielbi swoje ciało, ale świat się zmienił, a opowiadanie o swojej waginie dziś mało, kogo szokuje.

W efekcie powstał album, który przez to, że muzycznie nie potrafi zdecydować się czy chce być retro albumem pop, czy współczesną płyta, jest niczym. Nieciekawym zestawem piosenek, o których zapomina się tuż po tym jak się kończą. Co w przypadku Królowej jest ostatnio jakąś ponurą prawidłowością.

Kategorie
Muzyka
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz