Muzyka

No Time For Dreamig – marzenie pewnego starszego pana [recenzja]

Debiutancki album Charlesa Bradley’a, który ukazał się w 2011 roku. Muzyk miał wtedy sześćdziesiąt dwa lata. Sześć lat później zmarł na raka żołądka. Zostawiając po sobie tylko trzy krążki. Znakomite.

Historia życia Bradley’a zasługuje na film. Gdy miał czternaście lat uciekł z domu. Do tego kroku skłonił go koncert Jamesa Browna. Młody chłopak wychowywany w biednej dzielnicy, przez biedną, ledwo wiążącą koniec z końcem matkę, wyrusza w trasę po Stanach szukać wolności. Spał w samochodach i pociągach. Pracował przy kopaniu rowów. W końcu dzięki programowi Job Corps, trafił do czegoś co można nazwać amerykańskim odpowiednikiem szkoły zawodowej. Tam koledzy uznali, że skoro jest niebywale podobny do Jamesa Browna, to może sam powinien zacząć śpiewać. Młody Bradley był niezwykle wstydliwym chłopakiem, który bał się występować. Pierwszy raz na scenę wepchnięto go siłą. Spodobało mu się. Miał nawet wyjechać w trasę z założonym na szybko zespołem, ale jego członkowie zostali powołani do wojska i trafili do Wietnamu. O sam porzucił wówczas marzenia o byciu wokalistą i na długie lata zatrudnił się jako kucharz w szpitalu dla umysłowo chorych.

Gdy zmęczył się gotowaniem znów wyruszył w trasę. Był bezdomnym, spał po przytułkach i utrzymywał się z wykonywania drobnych prac. Gdy miał pięćdziesiąt lat, mieszkająca w Nowym Jorku matka poprosiła by wrócił do domu. Zamieszkał z nią. Wtedy też poznał ludzi z wytwórni Dapton. Gdy w 2010 roku wchodził do nagraniowego studia nie wierzył, że to dzieje się naprawdę. Gdy rok później ukazała się jego debiutancka płyta w wywiadach opowiadał, że marzenia o płycie i karierze porzucił dawno temu.

„No Time For Dreaming” to retrosoulowa petarda. Bradley kumulował emocje w sobie przez dekady. Tu nareszcie eksplodują. Nieczęsto zdarzają się takie płyty. Albumy, które nie rzucają na kolana swoją oryginalnością, a właśnie absolutną szczerością. Debiut Bradleya należy właśnie do tej grupy. Słychać tu wpływ oczywiście i Browna i Otisa Reddinga, ale przede wszystkim czujemy tu życie. Bo to piosenki o życiu, przemijaniu i cierpieniu. Ogromne wrażenie robi zamykający album „Heartches and Pain” w którym muzyk wspomina śmierć własnego brata. Ale nie tylko ona. Już otwierający płytę „The World (Is Going Up In Flames)” chwyta za gardło i serce, wskazując kierunek w jakim podążać będzie Bradley. Emocjonalny, czuły i niezwykle zmysłowy.

„No Time…” otworzyło mu drzwi do kariery. Dzięki płycie zagrał na największych festiwalach muzycznych i został okrzyknięty soulowym objawieniem. Kolejne dwie płyty były jeszcze lepsze i jeszcze bardziej emocjonalne. Ale to „No Time…” było tą pierwszą, która pokazała potencjał tkwiący w byłym kucharzu.

Kiedy pięć lat po wydaniu debiutu źle się poczuł, na początku zignorował ból. Kiedy ten stał się nie do wytrzymania poszedł do lekarza. Rak zabrał go nam dwudziestego trzeciego września 2017 roku.

No Time For Dreaming, Charles Bradley, Dapton 2011
8
No Time For Dreaming, Charles Bradley, Dapton 2011
Kategorie
Muzyka
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz