Muzyka

Damage and Joy – zmartwychwstanie Jezusa i Marii [recenzja]

O tej płycie krążyły już legendy. Jesus and Mary Chain reaktywowali się w 2007 roku. Wtedy też obiecali płytę. Musiała minąć jednak dekada zanim słowa dotrzymali. Wydane właśnie „Damage and Joy” to ich pierwszy studyjny krążek od… dziewiętnastu lat.

Każdy z nas ma zespół swojego dzieciństwa. Grupę, która kształtowała jego/jej gust, muzyczną wrażliwość. Gdybym miał zrobić listę zespołów, które otwierały mi uszy (i umysł) na dźwięki, których nigdy nie puszczali mi rodzice (rówieśnicy, nauczyciele itp.) Jesus and Mary Chain byłoby na samym jej szczycie. I słynny debiut „Psychocandy” (słynny w latach 80. oczywiście) rzucił moim trzynastoletnim ciałem o podłogę. Co to była za płyta. Jak bezczszelna, cwaniacka i nonszalancka. Bracia Reid zamienili proste rockowej piosenki w jakieś dziwaczne muzyczne kuriozum. Intrygujące kuriozum. Oddziałujące niebywale silnie na wyobraźnię i zmysły. Potem było „Darklands” – drugi album i totalnie inny od debiutu. Tam dominowało szaleństwo, tu cisza i spokój. Bo na swojej drugiej płycie bracia Reid pokazali zupełnie inne oblicze – czułych balladzistów.

Wspominam o tych dwóch krążkach nie przez przypadek. Przez następne lata (do zawieszenia działalności poprzedzonego krążkiem „Munki”) będą nagrywali płyty, na których ścierać się będą skrajności. Cisza i szaleństwo. Jazgot i porządek. Rock i elektronika. Pop i folk. Psychodelia i blues. Rozpadu zespołu spodziewał się każdy, kto choć trochę interesował się muzyką. Temperamenty Reidów podobnie jak ich muzyka – były tak skrajne, że bracia ścierali się publicznie niemal o wszystko. Aż w końcu Jesus and Mary Chain – kapela, która zmieniła rocka lat 80. rozpadła się. Musiało minąć niemal dziesięć lat, żeby obaj byli w stanie ze sobą rozmawiać. I blisko dwadzieścia, aby nagrali nowy krążek.

I tu dochodzimy do „Damage and Joy” siódmego studyjnego albumu grupy. Za brzmienie płyty odpowiedzialny jest Youth (ukrywający się pod pseudonimem Martin Glover, założyciel grupy Killing Joke) i to on zebrał w zagranicznej prasie największe baty za ten krążek. Krytycy bowiem zarzucili „Damage and Joy” nazbyt sterylne brzmienie. Co samo w sobie jest dość absurdalne, zważywszy na fakt, iż Jesus and Mary Chain nagrywali już płyty, które brzmiały niebywale czysto i ładnie. Weźmy dla przykładu „Stoned & Dethroned” z 1994 roku. Gładki, ale jakże piękny krążek wypełniony samymi balladami. Na „Damage…” ballady nie dominują. Przeciwnie. Przez blisko godzinę JAMC raczą nas klasyczną mieszanką psychodelii, rocka i oczywiście ballad. Szybko wpada w ucho „All Things Must Pass”, trudno uwolnić się od singlowego „Always Sad” (cudownie nonszalanckiego jak tylko bracia Reid to potrafią). „Mood Rider” przenosi nas do lat 80., a „War on Peace” uwodzi dziwnym niepokojem.

A zatem dzieło godne legendy? Dziennikarze na świecie są podzieleni. Jedni wybrzydzają, inni się zachwycają. A prawda leży gdzieś pośrodku. „Damage and Joy” nie jest najlepszą płytą jaką JAMC nagrało. Najgorszą także. Jako fan – przyznaję bez bicia, słucham jej z niemym zachwytem, bo przed oczyma przewijają mi się dawne czasy i okoliczności w jakich JAMC słuchałem. Jako dziennikarz muszę przyznać, że największym problemem tej płyty jest to, iż pokazuje zespół, który zatrzymał się w miejscu. „Damage and Joy” to bardzo sprawna, udana kontynuacja brzmienia jakie pokazali chłopcy na krążku „Munki”. Tyle, że to było dziewiętnaście lat temu. Przez ten czas przez muzykę przetoczyło się kilka rewolucji, powstało kilka nowych trendów. Bracia Reid zachowują się tak jakby nic takiego się nie wydarzyło. Ot nagrali płytę. „Munki 2”. Cieszy, bo „Munki” są świetne. Ale od jednego z najbardziej kreatywnych duetów w historii rocka wymagam jednak czegoś więcej. Zwłaszcza po takiej przerwie.

Damage and Joy, Jesus and Mary Chain, Warner Music

Kategorie
Muzyka
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz