RCA
Muzyka

Black Messiah

Ten album powstawał blisko piętnaście lat, a historia jego nagrywania zupełnie śmiało mogłaby posłużyć za scenariusz poruszającego dramatu obyczajowego. Z obowiązkowym happy endem. „Black Messiah”, bowiem to płyta fenomenalna.

 

Kiedy Michael Eugene Archer znany, jako D’Angelo debiutował w 1995 roku płytą „Brown Sugar” okrzyknięto go największym objawieniem czarnej muzyki od czasów Prince’a. Na drugi album kazał czekać pięć lat, ale opłaciło się. „Voodoo” tylko potwierdzało, że D’Angelo to objawienie. W jego muzyce słuchać było soul, funk przefiltrowane przez jazz i… inteligentny pop. I kiedy wydawało się, że muzykowi świat padnie do stóp, D’Angelo przepadł. Przez następne czternaście lat pracować będzie nad płytą w przerwach między odwykami, wypadkiem samochodowym, religijnymi nawróceniami i zmianami składów zespołu. „Black Messiah” zapowiadane były, co najmniej trzy razy. Pierwszy raz, jako „James River” w 2010. Potem premierę przekładano jeszcze dwa razy. Kiedy już wydawało się, że trzeci album muzyka stanie się dla soulu tym, czym dla rocka była „Chińska demokracja” Guns’n’Roses (jedna z najdłużej wydawanych płyt w historii) D’Angelo nas zaskoczył. Bez ostrzeżenia w połowie grudnia po prostu wrzucił album do sieci, burząc przy tym układy rankingów najlepszych płyt 2014 roku. Bo nie ulega wątpliwości, że „Black Messiah” to płyta wybitna.

Otwierające „Ain’t That Easy” to gęsty jak smoła pulsujący rytmem funk, który brzmi chwilami tak jakby D’Angelo w studio towarzyszyło My Bloddy Valentine. Potem jest równie ciekawie. „Sugah Daddy” to numer, którego nie powstydziłoby się na swoich najlepszych płytach Sly and Family Stone, w „Really Love” flamenco, smyki, delikatny swing spotykają się z czułym jak diabli hip-hopem, zaś takie „Back to the Future” to jazz, który spotyka się z funkową pulsacją.

Niesamowita jest ta płyta, każdy, bowiem numer mieni się tu setkami barw i z każdym kolejnym przesłuchaniem pozwala odkryć w sobie coś nowego. Nuty, których nie słyszeliśmy, dopiero zauważyliśmy. Tekstowo „Black Massiah” stoi rozkrokiem gdzieś między miłosną subtelnością a politycznym zaangażowaniem. W zagranicznej prasie pojawiły się teksty, w których okrzyknięto „Black Messiah” arcydziełem na miarę „What’s Going On” Marvina Gaye’a. Czy rzeczywiście ten album będzie tak ważny w historii muzyki pokaże czas. Póki, co to po prostu jedna z najlepszych płyt, jakie dano nam było w tej dekadzie wysłuchać.

 

Kategorie
Muzyka
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz