książki

Zgroza w Innswich – udany pastisz klasyki horroru [recenzja]

Kojarzony głównie z książkową makabrą Edward Lee od dawna wśród swoich największych inspiracji wymienia Howarda Phillipsa Lovecrafta i od jakiegoś czasu równie chętnie, co udanie podejmuje się pisania dzieł będących hołdami dla twórczości samotnika z Providence.

Kanwę wydarzeń w książce Lee stanowi oczywiście jedno ze słynniejszych opowiadań Lovecrafta, „Widmo nad Innsmouth”. Jego bohater, Robert Olmstead wyrusza do tajemniczego miasteczka w stanie Massachusets, by tam odkryć, że plotki o przedziwnej rasie ziemnowodnych stworzeń nie są wyssane z palca, a jemu samemu grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Zgodnie z przewidywaniami, rozwój wypadków u Edwarda Lee ma się zgoła podobnie.

Narratorem „Zgrozy w Innswich” jest Foster Morley, dziedzic małej fortuny i zarazem miłośnik twórczości Lovecrafta, postanawiający wyruszyć śladem swego mistrza.  W taki sposób trafia do Innswich, które jak podejrzewa, mogło być jednym z inspiracji pisarza. Choć początkowo nic na to nie wskazuje, z biegiem czasu Morley zauważa coraz więcej podobieństw między literacką fikcją a rzeczywistością – wciąż nie ma pojęcia jednak, że prawdziwy horror który postawi go na granicy poczytalności, dopiero się rozegra…

„Zgrozę w Innswich” można zasadniczo podzielić na dwie, dość wyraźnie odcinające się od siebie części. W pierwszej z nich, opierającej się na eksploracji i z wolna ujawnianych elementach toczącej miasteczko choroby, można wręcz przecierać oczy ze zdumienia, szczególnie jeśli z twórczością Lee miało się już styczność. Amerykanin jest powściągliwy, detaliczny w opisach i przede wszystkim doskonale „czujący” Lovecraftowy styl. Nawiązań do „Widma na Innsmouth” i mitologii Cthulhu jest tu bez liku, poczynając od nazw budynków, a kończąc na niebezpiecznie znajomych bohaterach. Wszystko to składa się na całkiem udaną aurę tajemnicy jaką w efekcie udaje sie tekst otoczyć. Prawdziwy Edward Lee wkracza za to do akcji w momencie gdy jego bohater nie ma już wątpliwości z czym przyjdzie mu się zmierzyć – i choć nadal nie jest to poziom dosłowności jakim zwykł nas częstować, latające w powietrzu organy wewnętrzne i ogólny poziom plugastwa zdecydowanie zaznaczają swą obecność.

Nie jest to jakiś wielki minus, bo Amerykanin na swoim fachu zna się jak mało kto – jednak od tego momentu, zawiesisty klimat zanika bezpowrotnie, ustępując miejsca żywszej akcji. Tyle dobrego, że w zgodzie z duchem oryginału, książka prowadzi nas do całkiem niejednoznacznego zakończenia.

„Zgroza w Innswich” to powieść króciutka, licząca raptem dwieście stron, ale nadrabiająca intensywnością i mająca niejednego asa w rękawie. Czy w swych inspiracjach Lee nie zabrnął odrobinę za daleko, zależy od indywidualnych upodobań czytelnika – każdy miłośnik prozy Howarda Phillipsa Lovecrafta powinien jednak przekonać się o tym na własne oczy. Co też uczynić polecam – bo lekturą jestem zdecydowanie usatysfakcjonowany.

Zgroza w Innswich (The Innswich Horror). Autor: Edward Lee. Tłumaczenie: Paulina Kowalska, Wydawnictwo Dom Horroru, 2017.
7
Zgroza w Innswich (The Innswich Horror). Autor: Edward Lee. Tłumaczenie: Paulina Kowalska, Wydawnictwo Dom Horroru, 2017.
Kategorie
książki
Maciej Bachorski

Rocznik '87. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę. Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Dodaj komentarz