książki

W jednej osobie

W jednej osobie, John Irving, Prószyński i S-ka

Irving to opowiadacz, snuje opowieść, a ty słuchasz i nie przerywasz. Nie  wiem jak wy, ale ja uważam że to sztuka. A jeśli po raz kolejny opowiada (w pewnej mierze) to samo i nadal przykuwa uwagę – to jest to niezła sztuka.  Albo czarna magia.  Czy w najnowszej książce coś zaskakuje? Znających powieści Irvinga – nie.  Czy warto przeczytać? Tak, nawet jeśli czytało się wszystkie poprzednie. Już na 16 stronie albo i wcześniej pojawia się (kto by się spodziewał…)  pociąg do starszych kobiet, potem zapaśnicy, szkoła z internatem i chęć  bycia pisarzem, tartak, rzeka, lokalny teatr – jest i Wiedeń! – oraz kilka  tragikomicznych postaci, np. atletyczna bibliotekarka z malutkim biustem i  dziadek Harry, czyli drwal-transwestyta po śmierci żony chodzący w jej  ubraniach.

Nie wiem jak Irving to robi, ale od lekkiej irytacji, że  oczywiście znów to samo, przechodzi się w rozradowane zaczytanie. Uczta.  Jak zawsze dużo o poszanowaniu inności, o trudnej zgodzie na cudzą i własną  odrębność, tym razem głównie w aspekcie tożsamości bi i homoseksualnej, i  transgenderowej. Przy okazji pokazane początki epidemii AIDS z perspektywy  nowojorskiego środowiska gejowskiego, a w tle – pierwsze publiczne  informacje, nastawienie społeczne. Wydaje się takie odległe, a przecież  dobrze pamiętam czasy gdy „AIDS nie było”.  Razem z narratorem przyglądamy się tej galerii postaci z ironicznym  dystansem, a jednocześnie z czułością.  Żeby nie było za słodko jedno zastrzeżenie. Otóż, gdy opowiedziana jest  jakaś historia na stronie powiedzmy 27, a potem pojawia się kilkadziesiąt  stron dalej pokazana z innej perspektywy, rozumiem, że w ten sposób narrator  przedstawia nam jak różne zdarzenia zapętlają się, są przyczyną kolejnych  itd. W porządku, ale niektóre powtórzenia wydają się być przeoczeniem –  jakby autor nie pamiętał, że już to nam mówił (w co trudno mi uwierzyć, bo nawet gdyby Irving nagle zaczął pisać niechlujnie to przecież ma  redaktorów). Przykład? Choćby anegdotyczne wtrącenie, że dziadek Harry  naprzykrzał się pensjonariuszom ośrodka opiekuńczego przebrany w damskie  ciuszki, więc opiekowała się nim pielęgniarka, której jego kiecki nie  przeszkadzały, bo pamiętała go ze sceny i była wielbicielką jego talentu  aktorskiego. Czytam, czytam, i nagle znów ta anegdota, niemal tymi samymi  słowami. Ktoś może będzie w najbliższym czasie miał okazję spytać autora o co chodzi?

Kategorie
książki

Dodaj komentarz