książki

Tłumacz rzeczy – najprostsza językowo książka popularnonaukowa [recenzja]

Czy coś fascynującego może kryć się za pytaniem, jak działa pralka lub biorąc pierwszy z brzegu przykład – długopis? Randall Munroe udowadnia, że i owszem, używając przy tym zestawu najprostszych słów.

W Internecie Randall Munroe to już człowiek-instytucja. xkcd, czyli jego enigmatycznie zatytułowaną stronę odwiedza w sieci miesięcznie 70 milionów osób. Czym zajmuje się na niej Munroe? Głównie rysowaniem komiksów i odpowiadaniem na dziwaczne pytania użytkowników. Brzmi to zgoła niepoważnie, to może drążmy głębiej. Munroe jest z wykształcenia fizykiem, pracował dla NASA, w końcu z pracy zrezygnował i poświęcił się wspomnianemu rysowaniu komiksów, a z czasem także pisaniu nietypowych książek popularnonaukowych. O czym pisze, co takiego rysuje, że zdołał wzbudzić zainteresowanie milionów odbiorców? Po trochu o wszystkim, skupiając się przede wszystkim na przenikaniu się nauk ścisłych ze zwykłym życiem. To człowiek niezwykle ciekawy świata, który swą wiedzą i spostrzegawczością, z prawdziwą pasją zaraża miliony użytkowników. Po prostu znalazł pomysł na siebie i nie ustaje w rozwoju, czego dowodem jest jego najnowsza książka – „Tłumacz rzeczy”.

[quote align=’right’]Czytając „Tłumacza rzeczy”, wreszcie nie czujemy się w niektórych sprawach totalnymi ignorantami.

Kiedy otworzymy wielkoformatową książkę Munroe, przede wszystkim rzucają nam się w oczy całostronicowe schematy rzeczy i zjawisk, czasem z miejsca rozpoznawalnych, czasem wręcz przeciwnie. To jednak nie same schematy stanowią główną atrakcję publikacji, tylko język, którego autor użył do ich opisu. Podtytuł książki brzmi: „złożone sprawy w prostych słowach” i w pełni oddaje zamysł Randalla Munroe. Są bowiem na tym świecie rzeczy, z których hojnie korzystamy na co dzień oraz zjawiska, które wpisują się w nasze życie w takim dużym stopniu, że z rzadka zastanawiamy się nad ich rolą i wpływem, bo wymagałoby to po prostu nie lada umysłowej gimnastyki. Munroe postanowił temu zaradzić i za pomocą tysiąca najprostszych słów postanowił nam wszystko klarownie wytłumaczyć. I trzeba przyznać, że cały czas trzyma się przyjętej przez siebie zasady, przez co dostajemy produkt nabierający raczej nieoczekiwanych tu przez czytelnika, literackich walorów.

Popularyzowaniem nauki w wykonaniu Munroe cechuje się dużym poczuciem humoru oraz dystansu do samego siebie i obserwowanego świata – dało się to już odczuć przy jego poprzednim bestsellerze, „What if? A co gdyby?”, na którego stronach z naukowym zacięciem odpowiadał na najbardziej zadziwiające, czy wręcz idiotyczne pytania swoich fanów. Zza dystansu i poczucia humoru autora przebijała także rzeczowość i znajomość tematu, nadając jego wyjaśnieniom mocy wiarygodności i pozostawiając nas w przeświadczeniu, że mamy do czynienia z osobą o niezwykle szerokich horyzontach. Czyżby zatem w „Tłumaczu rzeczy” autor sam z siebie postanowił te horyzonty zawęzić, równając do poziomu tych odbiorców, którzy z opisywanymi przez niego sprawami, gdyby tylko podawane były przy użyciu naukowego żargonu, mieliby prawdziwe problemy? Otóż nie, dla Munroe, oprócz warstwy czysto edukacyjnej, „Tłumacz rzeczy” miał mieć także po części działanie terapeutyczne. Jak sam napisał we wstępie (czy raczej na „stronie przed początkiem książki” ). „Wiele razy tak naprawdę tylko się bałem używać łatwych słów, by ktoś przypadkiem nie pomyślał, że nie znam słów trudnych”. Tymczasem okazało się, że te tysiąc najprostszych słów użytych w „Tłumaczu rzeczy”, zawiera w sobie mnóstwo niespodziewanego potencjału.

Munroe przede wszystkim zrezygnował z nazw własnych i określa opisywane przez siebie rzeczy i zjawiska za pomocą raz neologizmów, dwa słownych zbitek, które mogłyby wyjść z ust małego dziecka, notabene cechując się w wielu przypadkach jakże celną, porównawczą metaforyką. Stąd też winda staje się tu podnoszącym pokojem, a aparat fotograficzny zdjęciorobem (swoją drogą, tłumacz książki też musiał wykazać się nielichą inwencją). Widzimy zatem, że już pod tymi uproszczonymi określeniami owych rzeczy, kryje się próba przystępnego opisu ich funkcjonowania, co w istocie jest ideą całej publikacji. Munroe nie ogranicza się przy tym do schematów przydatnych do życia urządzeń, opisuje nam także mapę nocnego nieba, wewnętrzny układ ludzkiego ciała („worki wewnątrz ciebie”), czy układ okresowy pierwiastków. Opisuje znany nam świat najprostszymi słowami, czerpiąc z tego faktu mnóstwo frajdy i dzieląc się nią z czytelnikiem. Paradoksalnie, zmusza przy tym do gimnastyki umysłowej, bo czasami mamy problemy z umiejscowieniem sobie w rzeczywistości poszczególnych, wziętych przez autora  na tapetę elementów. A zatem humor, zabawa, trochę główkowania i czerpanie radości z odkrywania językowego potencjału, nierzadko żeglującego w stronę uroczych znaczeniowych absurdów, niekiedy też przejrzyściej niż w codziennym życiu oddającego funkcję, a przede wszystkim sedno obserwowanego zjawiska. A najważniejsze – czytając „Tłumacza rzeczy”, wreszcie nie czujemy się w niektórych sprawach totalnymi ignorantami. I za to należą się autorowi duże brawa.

Kategorie
książki
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore’a. Pisał artykuły do „Nowej Fantastyki”, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz