książki

Martwe listy – po nitce do kłębka [recenzja]

Dobry książkowy thriller to taki, który obok trzymania czytelnika w napięciu, potrafi też porządnie zaskoczyć  – w przypadku pierwszej powieści amerykańskiej autorki, Caite Dolan-Leach, niemal się to udaje. No właśnie – niemal.

Ava i Zelda to siostry bliźniaczki, różne od siebie tak, jak litery rozpoczynające ich imiona. Jedna – poukładana perfekcjonistka, druga będąca uosobieniem chaosu. To właśnie przebywająca z dala od rodzinnych stron pierwsza z nich otrzymuje wiadomość od matki o tym, że jej siostra nie żyje. Ava zmuszona jest więc wrócić do miejsca z którego zawsze tak bardzo chciała uciec – tylko po to by tam, mierząc się z własnymi problemami przeszłości odkryć, że nie wszystko jest tak proste, jak mogłoby wyglądać na pierwszy rzut oka – zwłaszcza, że po jej siostrze można spodziewać się dosłownie wszystkiego. Z upozorowaniem własnej śmierci włącznie.   

Koncept wyjściowy „Martwych listów” wzbudza ciekawość od pierwszych stron – razem z protagonistką opowieści, czeka nas mozolne składanie do kupy kolejnych elementów układanki, by odkryć, co tak naprawdę przydarzyło się jej siostrze. I o ile sam pomysł jest bez zarzutu, tak zgrzyta jego realizacja.

Lwią część książki spędzimy razem z Avą, nieuniknione zatem są jej towarzyszące nam przemyślenia. To największa bolączka całości, bo Caite Dolan-Leach niespecjalnie wychodzi zabawa z tempem snucia historii. Niektóre fragmenty są tu więc ewidentnie przeciągnięte, inne zdają się powtarzać po kilka razy w delikatnie zmodyfikowany sposób, nijak nie prowadząc do oczekiwanego konsensusu. Ratunkiem dla opadających ze zmęczenia powiek okazują się całkiem niezłe dialogi i wprowadzające nieco świeżości przerywniki w postaci zostawianych dla siostry wiadomości od samej Zeldy, jednak widok kolejnych bloków tekstu radośnie uśmiechających się do nas zza kolejnych stron, skutecznie wprowadza w stan permanentnego znużenia. Szkoda, bo przy tak intrygującym punkcie wyjściowym, można było pokusić sie o trzymającą w napięciu układankę, prowadzącą bohaterkę (i nas) do nieuniknionego katharsis. W wypadku „Martwych Listów” wszystkie składowe meldują się co prawda na miejscu, ale brakuje im odpowiedniego skondensowania, by wywoływały pożądany efekt.

Przyczepiłbym się również do wyboru formy narracji – to już indywidualne preferencje każdego z czytelników, jednak moim zdaniem uczynienie formy pierwszoosobowej w czasie teraźniejszym naprawdę interesującą dla potencjalnego odbiorcy to diablo trudna, wymagająca nieco dystansu i celnej oceny rzeczywistości sztuka. I tutaj również autorka poległa – strumienie świadomości Avy plasują się w moim osobistym odczuciu gdzieś pomiędzy alkoholowym delirium a zwykłym, emocjonalnym „jojczeniem”. Słowem więc, przekonać się do punktu widzenia głównej bohaterki nijak nie dałem.

Mimo mojego narzekania, nie mogę napisać, by „Martwe Listy” były powieścią z gruntu złą. W wielu miejscach książki Amerykanki wciąż tli się potencjał, a i sam pomysł na kręgosłup fabuły jest niczego sobie. Problem w tym, że do oczekiwań jakie rozbudzają pierwsze strony, dalsza historia nigdy nie dorasta. Apetyt był jednak zdecydowanie większy. A może to ja wyrosłem z powieści młodzieżowych?

Martwe listy (Dead Letters). Autorka: Caite Dolan-Leach. Tłumaczenie: Adrian Tomczyk. Wydawnictwo Filia, 2017. Ocena: 50%

Kategorie
książki
Maciej Bachorski

Rocznik '87. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę. Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Dodaj komentarz