książki

Książkowy maraton, czyli czytamy hurtowo (#7) łagodniejsza strona Albatrosa

Dzisiejsza propozycja od Albatrosa to literatura skierowana głównie do kobiet, choć nie sposób odmówić jej walorów, które zachwycą i brzydszą płeć. Obok takich powieści jak „Bogowie tanga”, „Wysokie góry Portugalii” czy „Dziesiąta aleja” nie sposób przejść obojętnie.

„Bogowie Tanga” Carolina De Robertis, Albatros 2017

Tango to najpiękniejszy taniec, któremu towarzyszy niezwykle przejmująca muzyka. Jak określił je kiedyś poeta Enrique Santos Discepolo – to smutna myśl, którą się tańczy. Ta specyficzna forma muzycznej ekspresji wynaleziona w Argentynie i Urugwaju z czasem stała się częścią niematerialnego dziedzictwa kulturowego i wpisana na listę UNESCO. Nie trzeba być fanem „Tańca z Gwiazdami”, by zrozumieć, że ów taniec i muzyka wyrażają smutek i zawód miłosny, ale są też wyrazem niesamowitej zmysłowości i balansowania na granicy grzechu i niedozwolonego. Można być kompletnym dyletantem w temacie, ale wystarczy wspomnieć scenę tańca z filmu „Zapach kobiety”, by zrozumieć ideę tej formy sztuki. By jednak pojąć ją dogłębnie, warto zapoznać się ze znakomitą powieścią Carolina De Robertis.
Bohaterką książki jest siedemnastoletnia Leda, która właśnie została wydana za mąż i wysłana do Ameryki, by zobaczyć swego oblubieńca. Z niewielką walizką i starymi skrzypcami wysiada w Buenos Aires, gdzie dowiaduje się, że jej mąż został zamordowany, a ona została w zasadzie bez grosza przy duszy. Dziewczyna wkracza do mrocznego świata skandalicznych ulic, burdeli i kabaretów… jako Dante, młody skrzypek. Przywiedziona bowiem na skraj nędzy decyduje się oddać swej największej pasji – muzyce, świadoma zaś ograniczeń wynikających z jej płci, podejmuje ogromne ryzyko udawania mężczyzny, bo tylko im wolno grać tango.
Z kart powieści Carolina De Robertis bije ogromna miłość do muzyki, przepiękny liryzm kreowanego świata, który choć ponury, daleki jest od wstrząsającego naturalizmu, jaki mógłby stać się areną dla tej historii. To przejmująca opowieść o tym, jak wiele można poświęcić dla miłości, dla pasji. I choć stawia pytania, gdzie jest granica, jak daleko można się posunąć w pędzie do spełnienia, to nie robi tego w nachalny sposób, dostarczając odbiorcy cudownych chwil zapomnienia.

 

„Wysokie góry Portugalii” Yann Martel, Albatros 2017

Są pisarze, którzy gwarantują, że obcowanie z ich twórczością będzie doznaniem zostawiającym trwałe znamię. Do takich należy Yann Martel, kanadyjski pisarz, podróżnik i, co nie bez znaczenia – filozof. Sławę przyniosła mu powieść „Życie Pi” (poparta intrygującą adaptacją) i trzeba przyznać od razu, że charakterystyczny styl autora odznacza się już od pierwszych stron powieści. A zdawać by się mogło, że fabuła w najmniejszym stopniu nie przypomina tej jakiej bohaterem był Pi Patel… W gruncie rzeczy jednak przesłanie „Wysokich gór Portugalii” mówi coś zgoła innego.
Oś fabularna rozgrywa się na trzech płaszczyznach czasowych. Na początku XX-go wieku młody chłopak, chodzący tyłem Tomas, wyrusza z Lizbony w poszukiwaniu niewielkiej wioski w Portugalii, gdzie zamierza odnaleźć skarb mogący zmienić losy świata. Trzydzieści lat później portugalski patolog Eusebio, wielki miłośnik twórczości Agathy Christie zostaje uświadomiony, jakie związki z kryminałami jego ulubionej autorki ma… Biblia. I wreszcie pod koniec tego wieku na północ Portugalii przybywa senator Peter w towarzystwie… szympansa. Wszystkie trzy historie łączą się w sposób dość oczywisty, co tylko podkreśla wyjątkowość przedstawianych historii. Martel tworzy swoiste baśnie, przesycone melancholią i humorem, gdzie zabawnym scenom przeciwstawia te najbardziej wstrząsające. Tu nie tylko ważna jest sama oryginalność pomysłów twórcy, ale również sposób, w jaki są one przedstawione. Życie bowiem okazuje się być tak samo piękne, jak i smutne. Wszyscy jesteśmy absolutnie wyjątkowi i wszyscy jesteśmy tacy sami. „Wysokie góry Portugalii” to kolejny przykład na geniusz autora. Ale ostrzegamy, że jak to bywa z geniuszami – to twórczość, która nie we wszystkie gusta trafia.

 

 

„Księga rodu z Baltimore” Joël Dicker, Albatros 2017

Joël Dicker zasłynął znakomitą „Prawdą o sprawie Harry’ego Queberta” i, niestety, fakt ten odciska piętno na jego najnowszej powieści. Bo chociaż „Księgę rodu z Baltimore” łączy z poprzednikiem główny bohater, pisarz Marcus Goldman, to dolepianie całości łatki sequela jest dość krzywdzące dla obu książek. Szczególnie, że „Księga rodu z Baltimore” jest po prostu słabsza.
Powieść przedstawia losy dwóch gałęzi rodu Goldmanów, którym przygląda się Marcus. Zafascynowany bardziej prominentnym rodem z Baltimore stara się zgłębić ich historię, przy okazji dogrzebując się do rodzinnych sekretów. Formalnie, wszystko mogłoby się udać, ale problem tkwi, a jakże – w szczegółach. Cała historia sprowadza się do rozbuchanego romansu, opowieści o dorastającym chłopcu i historii wzlotu oraz upadku rodziny z klasy średniej. Zaskakująco, ten ostatni, najciekawszy wątek potraktowany jest po łebkach, podczas gdy pozostałe autor pieczołowicie rozkłada na czynniki pierwsze, a przy okazji na łopatki, serwując kompletnie niewiarygodne psychologicznie postaci. Nie oznacza to jednak, że powieść jest słaba. Dicker do perfekcji opanował świat przedstawiony i z lubością bawi się wątkami i motywami, które choć przewidywalne, za sprawą złożoności potrafią wciągnąć. Jeszcze lepszym zabiegiem jest zapowiedź finałowej tragedii, która stale podnosi napięcie i nawet w najsłodszych fragmentach rodem z romansideł, przypomina, że tu się jeszcze zdarzy coś złego. Nie można więc powiedzieć, że czas spędzony z nową powieścią autora „Prawdy o sprawie Harry’ego Queberta” jest zmarnowany. Ale rozczarowanie w związku z poprzednikiem jest gwarantowane.

 

 

„Dziesiąta aleja” Mario Puzo, Albatros 2017

Dla większości czytelników Mario Puzo na zawsze zostanie twórcą „Ojca chrzestnego” i zbliżonych do niego tematycznie powieści z pogranicza sensacji, kryminału i historii, w ten czy inny sposób powiązanych z mafijnymi koneksjami. Tak też jest w osławionej „Rodzinie Borgiów”, tak jest w świetnej „Omercie”. Tym większym zaskoczeniem dla tych odbiorców okaże się „Dziesiąta aleja”, powieść niezwykle czuła, melancholijna, pełna kipiących emocji, ale zupełnie pozbawiona typowych dla autora intryg i sensacji.
Lucia Santa porzuca rodzinną Italię i wraz innymi emigrantami przybywa do Nowego Jorku, gdzie szuka miejsca w bezlitosnym świecie Ameryki z pierwszej połowy XX-go wieku. Ta twarda i niezłomna, choć wciąż jeszcze młoda kobieta, stara się zapewnić szczęście i godny byt szóstce swoich dzieci, efektowi dwóch małżeństw, a przede wszystkim wpoić im tradycyjne wartości w kraju, którego realia wszelkie tradycje brutalnie niszczą.
Ta saga o rodzinie włoskich emigrantów to zaledwie druga z kolei powieść, którą napisał Puzo, a jednocześnie już pokazująca to, co będzie stanowiło o jego kunszcie i wyjątkowości. Perfekcyjnie skonstruowani bohaterowie, zarówno ci na pierwszym planie, ale i ci epizodyczni, z tła. Tu Nowy Jork z pierwszej połowy żyje pełnią życia, ukazując zarówno jasne jego strony, jak i te znacznie mroczniejsze, brutalniejsze. Autobiograficzne wątki jeszcze bardziej wzmacniają wydźwięk tej obyczajowej powieści, ukazując na dwójnasób nietypowe oblicze autora. I jednoznaczny hołd dla wartości i własnych korzeni, których wyrzec się nie sposób. Szczególnie, gdy jest się Włochem.

Kategorie
książki
Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, muzyk, redaktor, publicysta. Autor i współautor ponad dziesięciu zbiorów opowiadań m.in. "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Lek na lęk" (2011), cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (2013), "Pradawne zło" (2014), "Horror klasy B" (2015), oraz powieści "Miasteczko" (2015), "Zombie.pl" (2016), "Nienasycony" (2017). Muzyk zespołów Acrybia, Damage Case i Wilcy. Stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec trójki dzieci.

Dodaj komentarz