książki

Ksiązkowy maraton, czyli czytamy hurtowo (#2) dzieła niezwykłe

Koniec roku coraz bliżej, wkrótce też przyjdzie czas podsumowania literackich premier (i wznowień) minionych dwunastu miesięcy. Jest więcej niż pewne, że większość z omówionych dziś hurtowo powieści tam się znajdzie. To bezwarunkowe „debeściaki”.

1„Dom z liści”, Mark Z. Danielewski, MAG, 2016

Są książki, których opowiedzieć się nie da, nie ma nawet możliwości zmierzyć się z geniuszem i formą, w jakiej zostały podane. I choć wielokrotnie już twórcy proponowali różne zabiegi mające uatrakcyjnić podaną fabułę, nigdy dotąd nie przyszło mi obcować z tak oryginalnym i unikalnym przejawem geniuszu jak właśnie w „Domu z liści” Marka Z. Danielewskiego. Tutaj ani fabuła, ani tym bardziej forma nie są czymś, z czym może zmierzyć się przeciętny czytelnik.
W największym uproszczeniu jest to historia niejakiego Johnny’ego Wagabundy, pracownika salonu tatuażu, który wszedł w posiadanie notesu zmarłego niedawno starszego mężczyzny – Zampano. Denat był zafascynowany z kolei historią fotoreportera Navidsona, nakręconym w nawiedzonym domu filmem. Groza zastana w domostwie jest testem relacji między poszczególnymi członkami i wywiera niebagatelny wpływ na samego Zampano, który drobiazgowo analizuje całą historię. Johnny próbuje dociec prawdziwości owych zdarzeń, ale wszystko zdaje się być wymysłem chorego wariata. A jednocześnie w tym samym czasie Wagabunda zaczyna dostrzegać pewne niepokojące fakty.

Powieści Danielewskiego nie da się ująć w słowach, formie, ryzach rozsądku. Przenikające się historie, plączące się wątki, rozbiegane czczionki, ich rozmaite ustawienie, natężenie, kolor (!), a nawet forma umieszczenia ich na poszczególnych stronach powoduje, że w pewnym momencie czytelnik sam zaczyna się gubić w tym absolutnie rewelacyjnym zapisie paranoi i stanów lękowych. To trudny i wymagający horror psychologiczny, który zaczyna się jak „Wilk stepowy” Hermana Hesse, by potem skręcić w rejony koszmarów Marishi Pessl i filmowej wyobraźni Cronneberga, krążyć wokół Miltona i Kafki, i by zaraz potem zawędrować tam, gdzie dotąd nie odważył się dotrzeć jeszcze żaden pisarz. Pytanie, ilu czytelników znajdzie w sobie odwagę (i wytrwałość), by również tam dotrzeć.

ocena-100

[accordions] [accordion title=’Gdzie kupić?’]
[/accordion] [/accordions]

4„Nie ma wędrowca”, Wojciech Gunia, C&T, 2016

Wokół Wojciecha Guni zrobiło się trochę szumu już przy okazji jego debiutanckiego zbioru opowiadań „Powrót”. Niestety, ów niezwykle pogodny i wesoły człowiek, twórca jednego z najbardziej ponurych zakątków świata blogerów, uparł się złośliwie, że będzie uprawiał niszę w niszy, ale za to tak, żeby innym oko zbielało. Nic więc dziwnego, że oko zbielało, ale tylko tym, którzy ową niszę zwaną weird fiction w polskim wydaniu w ogóle zauważyli. Tym bardziej cieszy fakt, że debiutancka powieść Guni wyszła pod szyldem znamienitego C&T, które dla miłośników gatunku kojarzy się jednoznacznie z klasyką grozy niedostępną w zasadzie nigdzie indziej. I jakkolwiek dziwnie by to nie wyglądało i nie brzmiało, to właśnie zestawienie z kanonicznymi utworami Machena, Blackwooda czy Chambersa okazuje się być środowiskiem naturalnym dla prozy Guni.

Całość opiera się na schemacie zbliżonym do „Lśnienia”, a jednocześnie przenicowanym mocno przez polską (i nie tylko) historię współczesną. Główny bohater, człowiek znikąd, chciałoby się rzec, bez przeszłości, rozpoczyna pracę nocnego stróża w tartaku na odludziu. Miejsce to, zwane przez pracowników bazą, zimą bywa odcięte od świata i wówczas rola stróża rozrasta się do miana nadzorcy terenu, a przede wszystkim strażnika pieca, utrzymującego niejako przy życiu cały budynek. Horrorowy sznyt nagromadzonym już na samym początku metaforom nadaje fakt, że poprzedni stróż, Roszczuk, zmarł właśnie podczas jednej z takich służb, a pracownicy widują w bazie… dziwne rzeczy.

Powieść Guni to majstersztyk, choć trudny do sklasyfikowania gatunkowego i, niestety, niepozbawiony wad, choć te akurat są na tyle dyskusyjne, że każdy może je potraktować po swojemu. Po pierwsze, po wielu kunsztownych akapitach, skrzących się od misternie skonstruowanych zdań wręcz ewokujących nieco staroświecki styl wspomnianych wcześniej mistrzów, uderza po oczach prostacki i wulgarny język pracujących w tartaku robotników. Niby uzasadniony, ale czy wzorem Lovecrafta choćby, nie można było tych dialogów zarzucić, by nie psuć perfekcyjnego klimatu weird fiction? Druga, już mniej istotna wada to niepotrzebne ujawnianie powodów, dla których główny bohater unika świata. Lepiej sprawdziłoby się tu niedopowiedzenie, ale z drugiej strony rozumiem, że w ten sposób autor mógł chcieć podkreślić finałowe zachowania bohatera. Mogę się jednak mylić, chcę nawet, tak jak i chcę jeszcze wrócić do tej powieści, którą w skrócie można określić jako jedną z najbardziej oryginalnych, interesujących i ponurych powieści mijającego roku, niewątpliwie też jedną z najlepszych. Gunia lawirując wokół schematu literatury grozy zagłębia się w religijne dysputy i filozoficzne rozważania, niejako przy okazji rozlicza się z historią, która po raz kolejny okazuje się straszniejsza, niż najbardziej makabryczny horror, a przy tym zieje pesymizmem i goryczą, których nie powstydziłby się sam Ligotti. To nie jest powieść dla wszystkich, nie jest to powieść rozrywkowa. To skarb wrażliwej inteligencji wymordowanej w wojnach ubiegłego wieku.

ocena-90

[accordions] [accordion title=’Gdzie kupić?’]
[/accordion] [/accordions]

5„Piąta pora roku”, N.K. Jemisin, SQN, 2016

Wielokrotnie już wspominaliśmy, że wydawnictwo SQN skutecznie udowadnia, jak różne oblicza może mieć literatura fantastyczna, szczególnie ta spod znaku magi i miecza, wyświechtanego pozornie schematu ogólnie ujmowanego w szerokich ramach fantasy. I po raz kolejny, tym razem za sprawą otwierającej trylogię N.K. Jemisin powieścią „Piąta pora roku” pokazuje, jak wiele jeszcze można w tej odmianie gatunkowej pokazać, choćby i poruszając się pomiędzy ogranymi nutami.

Cóż bowiem może być bardziej ogranego, niż nadchodzący koniec świata, który obowiązkowo trzeba powstrzymać? Podstawowa różnica polega na tym, że choć u Jemisin zagłada rzeczywiście nadciąga, nikt nie jest jej w stanie zatrzymać, to tytułowa Piąta pora roku – wieczna zima, która ma wytrzebić całe życie na Ziemi. Po drugie, dla głównej bohaterki, Essun, ten koniec świat nastąpił znacznie wcześniej, gdy wróciła do domu i znalazła ciało pobitego przez męża trzyletniego synka. Zrozpaczona kobieta wyrusza za mężczyzną w pościg, próbując ocalić porwaną przez zwyrodnialca córkę. Jej oczami odkrywamy oryginalny i niezwykły świat, który kiedyś mógł być naszą planetą, za jej sprawą poznajemy zasady nim rządzące, razem z nią odkrywamy moce, którymi kobieta włada. A jednocześnie, wraz z niebanalną narracją, gdzie narrator czasem wprost zwraca się do bohaterki narzucając jej odczucia, czasem ucina dane wydarzenia uznając je za nieistotne. W tej niesamowitej powieści ściera się fantasy z science-fiction, pobrzmiewa Chuck Palachniuk na przemian z Kazuo Ishiguro, a wszystkiemu z uznaniem przygląda się Herbert Welles. Wyjątkowa powieść, słusznie nagrodzona Hugo.

ocena-90

[accordions] [accordion title=’Gdzie kupić?’]
[/accordion] [/accordions]

2„Gwiezdny pył”, Neil Gaiman, MAG, 2016

Powieści Neila Gaimana, choć wszystkie osadzone w znamiennej tylko dla niego stylistyce, można podzielić na te „lżejsze” i „cięższe”. Te drugie, to te, które przyniły się do uczynienia go jednym z najbardziej poważanych, szanowanych i oryginalnych autorów fantastyki na świecie. Te pierwsze pokazują jego bardziej wrażliwą stronę duszy, pozwalają się ujawnić tym rejonom artyzmu, w których jest po prostu więcej miejsca na optymizm i dziecięcą naiwność. Oczywiście, trudno mówić wprost, żeby Gaiman pisał baśnie, choć trzeba przyznać, że świetnie porusza się w tej stylistyce pokazując, że jest dla literatury tym, czym Tim Burton dla kina.

„Gwiezdny pył” to niezwykła podróż siedemnastoletniego Tristrana, który by zdobyć serce wyniosłej Victorii obiecuje jej przynieść… gwiazdę, która spadła za murem. Pozornie banalne (i niemożliwe) zdarzenie nabiera rumieńców, bowiem Mur, to miasto, które oddziela wiktoriańską Anglię od prawdziwej Krainy Czarów. Tu nawet gwiazda okazuje się nie być tym, czym się wydaje.
To druga samodzielna powieść Gaimana i choć jest to momentami odczuwalne, nie sposób nie zachwycić się urokiem, jaki bije z każdej ze stron. Czasem wręcz odnosi się wrażenie, że to jakby ugrzeczniona, bezpieczniejsza wersja świata z „Nigdziebądź”. Czar powieści roztacza się skutecznie, jednocześnie pompując w serce i duszę ogromną dawkę optymizmu i wiarę w nieśmiertelne wartości – miłość i przyjaźń. Oto dowód, że i dorosłym potrzebne są bajki.

ocena-80

[accordions] [accordion title=’Gdzie kupić?’]
[/accordion] [/accordions]

3„Mnich”, Matthew George Lewis, Vesper, 2016

Wydawnictwo Vesper z kolei uparcie pokazuje, że nie ma lepszych niż oni w kwestii wydawania literatury klasycznej. Po znamienitych wydaniach m.in. Edgara Allana Poe i absolutnie fenomenalnych H.P. Lovecrafta, po obowiązkowym „Frankensteinie” Mary Shelley, kompletnym wydaniu „Draculi” Stokera, po „Portrecie Doriana Graya” Oscara Wilde’a i „Niezwykłym przypadku Pana Jekylla i Mr Hyde’a” Stevensona aż prosiło się o ten niezwykły przykład literatury gotyckiej, nieokiełznany przejaw geniuszu niespełna dwudziestoletniego wówczas Lewisa, który stworzył to dzieło w ledwie dziesięć miesięcy zainspirowany przez „Tajemnice Zamku Udolpho” Ann Radcliffe. Oczywiście, próżno się tu doszukiwać jawnych podobieństw, młody Lewis po prostu zachwycił się formą i niejako przypadkiem stworzył trzeci z najważniejszych filarów powieści gotyckiej – obok wspomnianego dzieła Radcliffe i prekursorskiego „Zamczyska w Otranto” Horacego Walpole’a. A ponieważ był to człowiek niezwykle wykształcony, oczytany i… skromny, z nieposkromioną erudycją splótł ze sobą różne mroczne legendy i przypowieści tworząc tym samym jedną z najbardziej obrazoburczych, zbereźnych i kontrowersyjnych powieści w historii literatury. Opowieść o upadku tytułowego mnicha, szanowanego Ambrosio dziś już może nie jest tak szokująca jak pod koniec XVIII-tego wieku, niemniej nie brak w niej scen i opisów, których nie tknął ząb czasu. To opowieść o żądzy i deprawacji moralności, w ramach konwencji podkuta diabelskim pokuszeniem, ale w rzeczywistości prawdziwie ludzka i uniwersalna. Obowiązkowa klasyka.

ocena-100

[accordions] [accordion title=’Gdzie kupić?’]
[/accordion] [/accordions]
Kategorie
książki
Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, muzyk, redaktor, publicysta. Autor i współautor ponad dziesięciu zbiorów opowiadań m.in. „Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite” (2009), „Lek na lęk” (2011), cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (2013), „Pradawne zło” (2014), „Horror klasy B” (2015), „Królestwo gore” (2017) oraz powieści „Miasteczko” (2015), „Zombie.pl” (2016), cykl „Nienasycony” (2017). Muzyk zespołów Acrybia, Damage Case i Wilcy. Pisał i recenzował w sieci i prasie. Szczęśliwy mąż, ojciec trójki dzieci.

4 komentarze
  • aduda
    28 grudnia 2016 at 16:46
    Skomentuj

    Dobry wybor Ragnar

  • Renata Beger
    28 grudnia 2016 at 19:40
    Skomentuj

    You don’t know the power of the dark side Ragnar.

  • Kazimiera Szukam
    29 grudnia 2016 at 12:01
    Skomentuj

    Mej de fors bi łyf ju Ragnar

  • Ragnar
    30 grudnia 2016 at 13:22
    Skomentuj

    There can be only one, Ragnar

  • Dodaj komentarz