książki

Grób we Fryzji Wschodniej – Wstydliwa przyjemność [recenzja]

Są takie lektury, z którymi nie wiadomo co począć. Z jednej strony wynosimy pewną radość z czytania, z drugiej – to trochę wstyd. Zupełnie, jak w przypadku „Grobu we Fryzji Wschodniej” Klausa-Petera Wolfa.

„Grób we Fryzji Wschodniej” to kicz. Kryminalny, przeuroczy kicz.

Wstyd nie ma tu nic wspólnego z jakąś niesamowitą namiętnością przyprawiającą o wypieki na twarzy. „Grób…” to nie kryminalna odpowiedź na „50 twarzy Greya” (dzięki Bogu). I choć próbuje być zmysłowy – to ostatnie co można o nim powiedzieć. Nie, nie tu tkwi źródło wstydu płynącego z lektury. Ta powieść jest po prostu głupia. Strasznie, strasznie głupia. A jednak wciąga.

Główną bohaterkę, komisarz Ann Kathrin Klaasen mogliśmy już poznać w poprzednich tomach cyklu reklamowanego jako bestseller – ale która seria kryminalna nie jest obecnie bestsellerem? To – jeśli wierzyć opisom – inteligentna i przebiegła policjantka, która po wydarzeniach sprzed roku-dwóch stała się gwiazdą kryminologii. A jednak kobieta nie może wyegzorcyzmować wewnętrznego demona – gnębi ją sprawa śmierci ojca, również policjanta, który próbował udaremnić napad na bank. Zabójcy do dziś nie znaleziono. Tymczasem Klaasen oraz jej partnerowi, Frankowi Wellerowi zostaje przydzielone kolejne dochodzenie. Kryminalni ruszają tropem mordercy, który zostawił makabrycznie pięknie przyozdobione zwłoki kobiety w pobliskim parku zamkowym.

Nie ma co oszukiwać – „Grób we Fryzji Wschodniej” to kicz. Kryminalny, przeuroczy kicz. Mamy prowokującego, psychopatycznego mordercę, fałszywe tropy, śledztwo i wszystkie gatunkowe klisze, jakie tylko przyjdą Wam do głowy. W jednej trzeciej historii możecie już obstawiać, kto zabił. Mamy wreszcie błyskotliwych gliniarzy, którzy… tacy sprytni są tylko na papierze. W gruncie rzeczy zachowują się jak banda debili, momentami wręcz wycięta z kreskówki. Nawet natchniona Klaasen, potrafiąca rzekomo wyłapać najdrobniejszy szczegół, nie zauważyłaby właściwego kontekstu i profilu mordercy, gdyby się o niego potknęła. Po prostu sposób prezentacji gryzie się z zachowaniami postaci.

A jednak w tych wszystkich błędach bohaterowie są bardzo ludzcy. Na korzyść niewydarzonej zgrai przemawia fakt, że są zwyczajnie sympatyczni i przez swoje przejaskrawienie zapadają w pamięć. Dodatkowo całość jest dosyć żywa i czyta się całkiem szybko, przyjemnie, mimo mielenia tych samych schematów zachowań. Autor ładnie radzi sobie też z budowaniem klimatu zagrożenia w mieście oraz całkiem sprawnie oprowadza nas po Fryzji i okolicach.

Rażą natomiast liczne powtórzenia, często następujące zdanie po zdaniu. Ciekawe, czy to wina oryginału, czy tłumacza?

„Grób we Fryzji Wschodniej” to sztandarowy przykład przyjemnej, odprężającej i niewymagającej myślenia literatury kibelkowo-pociągowej. Nadaje się jeszcze ewentualnie do poczekalni u lekarza. Zapewni Wam kilka sympatycznych chwil, ale jeśli szukacie porządnego kryminału, to możecie się lekko zawieść.

Kategorie
książki
Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który potrafi płynnie przejść od słodkiego lenistwa do nadaktywności – i z powrotem. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, rozmaitych hobby, a czasem nawet w otchłań studiów. Publikował, w „Science Fiction Fantasy i Horror”, „LiteRacjach” oraz w portalach internetowych – GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz