książki

Exodus – dwugłos o powieści Orbitowskiego [recenzja]

Marta Sobiecka i Mariusz Wojteczek spoglądają na nową książkę Łukasza Orbitowskiego z dwóch perspektyw: damskiej i męskiej.

 

Najnowsza powieść Łukasza Orbitowskiego jest o ucieczce. Ale takiej najtragiczniejszej, najbardziej niemożliwej, bo od samego siebie. A czy od samego siebie można uciec?

Już sam tytuł ukierunkowuje nas na koncept fabuły, jaki przyjął Orbitowski, jednak nie jest to znaczenie biblijne – nie chodzi tu przecież o emigracje masową, a jednostkową – ale bardziej o chęć zaakcentowania jej wagi, jej gwałtowności. Rozpaczliwej próby bohatera na pozostawienie za sobą całej swojej przeszłości, swoiste odcięcie się od własnego jestestwa i nie tyle rozpoczęcie nowego życia, co rozpaczliwe zapomnienie starego.

Powieść toczy się niejako dwutorowo. Z jednej strony poznajemy losy młodego chłopaka Janka,  dorastającego w Warszawie. Studiującego, wkraczającego w dorosłe życie, poznającego blaski i cienie samodzielnej pracy. Ale też smak pierwszej miłości, a potem i ojcostwa – które okazuje się determinować większość późniejszych zachowań bohatera.  Z drugiej strony, ten sam chłopak rozpoczyna szaleńczą ucieczkę z bezpiecznej, choć nie do końca komfortowej bańki doczesnego życia w kierunku bliżej nieokreślonym. Byle szybciej, byle dalej, byle pozostawić za sobą wszystko i spalić wszystkie mosty. Z początku nie wiemy, co było iskrą dla tej wyprawy, co było jej katalizatorem. Sam Janek, niejednokrotnie karcący siebie w myślach za dokonane przewiny bliżej ich nie określa, a jedynie stara się w pewien sposób przepraszać tych, których skrzywdził.

Dopiero z czasem, zbliżając się do końca książki, poznajemy coraz więcej faktów z przeszłości bohatera, a zarazem układa nam się obraz przeszłych zdarzeń, które ten swoisty exodus zapoczątkowały.

„Exodus” zdaje się być kontynuacją literackiej ścieżki, jaką Orbitowski obrał ostatecznie w „Innej duszy” (a pośrednio prubując to zrobic już w „Szczęśliwej ziemi”), zrywając z fantastycznością, odżegnując się od horroru.  Co nie znaczy, że „Exodus” nie potrafi przerazić, ale robi to inaczej, subtelniej, mniej bezpośrednio, ale i brutalniej zarazem. Nie możemy teraz odżegnywać się od tych lęków, uznając je za imaginacje, za element nadprzyrodzony, a zatem nie przynależny do naszego świata. One są na wskroś rzeczywiste, realne, zdają się składać na otaczająca nas rzeczywistość, a nawet – niejednokrotnie, w jakimś stopniu – nasze życia. Bohater „Exodusu” zdaje się uciekać właśnie przed samym sobą, przed własnymi lękami, wspomnieniami. Stara się zerwać każdą nić łączącą go z przeszłością, stara się zatrzeć – nawet we własnych oczach – obraz siebie, jakim był, tego, kim był wcześniej. Pragnie anonimowości, wykreślenia poza ramy znanego, bezpiecznego i stabilnego świata, pragnie rozpłynąć, zagubić się w bezustannym biegu przed siebie. Nigdzie nie zagrzać miejsca, nigdzie się nie zadomowić. Nigdzie nie stać się Kimś.

To z całą pewnością powieść drogi, jednak inna, niż te powieści drogi, które dane było mi poznać. To próba zaprzeczenia konwencji, bowiem podróż nie jest tutaj formą inicjacji, dążenia do poznania, a jest czymś zupełnie przeciwnym, rodzajem ucieczki od wiedzy, od świadomości, od ukształtowanej roli społecznej.

Orbitowski w „Exodusie” wyolbrzymia rangę ucieczki, by ukazać jej tragizm, jej niemożność, a zarazem bezsilność bohatera, który przecież – nieważne, gdzie by się ukrył – zawsze zostanie odnaleziony przez swoją przeszłość, która kładzie się cieniem na jego całym życiu, na jego istnieniu samym w sobie.

Tutaj nie ma miejsca na oczyszczenie, na przebaczenie, bo chyba sam bohater nawet go nie szuka, nie pragnie. Albo robi to tak nieudolnie, tak żałośnie czasem póbując się usprawiedliwić, wytłumaczyć, że przestajemy mu kibicować, przestajemy mu wierzyć. Zaczyna nas uwierać ta jego żałość, to miotanie się bez bliżej określonego celu i to  – wciąż bezlitosne – wykorzystywanie innych i tłumaczenie sobie, że tak właśnie ma być. Janek z całą pewnością nie jest postacią pozytywną. Owszem, można ją określić tragiczną ( sam autor w wywiadach zwykł nazywać go „pierdołą), ale ten tragizm wynika z niejakiego oderwania od rzeczywistości, z boleśnie zakorzenionego w chłopaku, a później i w mężczyźnie konformizmu, który pcha go bardziej do wycofywania się, lawirowania między sprzecznościami, niż do otwartego podejmowania decyzji.

Smuci nieco obraz kobiet w „Exodusie” i ich drugoplanowe, choć z całą pewnością nie marginalne znaczenie. Kobiety w tej powieści są różne, i różnorakie pełnią w niej role – żon, kochanek, przygodnych znajomości –  ale nieodmiennie są cieniami uzupełniającymi tragizm samego protagonisty. Janek zwykł na kobietach w pewnym stopniu żerować. Na ich tragizmie, na ich rozpaczy i nie dopasowaniu do otaczającego, zmieniającego się świata. On nie stara się kochać, nie stara się rozumieć, czy współczuć, a jedynie wykorzystuje ich paniczne pragnienie zapełnienia pustki, jaka powstała – z różnych względów – w ich życiu. Jednak brak mi w „Exodusie” bohaterki znaczącej, silnej, pierwszoplanowej, stanowiącej swoistą przeciwwagę dla żałosnego Janka i jego irracjonalnych często zachowań. Kobiety powieściowe pragną naszego bohatera, jednak trudno zrozumieć, czy jest to jakiś, mocno wypaczony odruch instynktu macierzyńskiego? Czy podświadome pragnienie zbawiania ofiary jej własnych poczynań? Trudno jednoznacznie określić, jednak z całą pewnością „Exodus” kreuje smutny obraz słabych kobiet, poddających się mężczyźnie, jaki z całą pewnością na nie ( i ich troskę) nie zasługuje.

„Exodus” może nie jest najlepszą książką Orbitowskiego, jednak niewątpliwie po raz kolejny autor udowadnia, że nie potrzeba mu fantastycznego sztafażu, by stworzyć opowieść zajmującą, której lektura w niejednym momencie przerazi – mimo braku plastikowych potworów.

Autor „Innej duszy” zmierzył się ponownie z powieścią bardzo realistyczną, ale też kipiącą od emocji, często sprzecznych, często zagmatwanych. Powieść zdaje się być swoistą układanka, z której elementów konstruujemy w trakcie lektury obraz czyjegoś życia, rozsypującego się jak domek z kart. Realizm tła, czasów i miejsc sprawia, że tym bliższe zdają się nam i postacie – często mocno kuriozalne i  przerysowane – jak i zdarzenia, ocierające się czasami o absurd, ale jednak – przynajmniej pozornie – rzeczywiste.

„Exodus” to jedna z ciekawszych powieści w dorobku Orbitowskiego, bowiem pokazująca jego kolejne pisarskie oblicze i wyraźniej wyznaczająca ścieżkę, jaka autor zamierza podążać. A choćby z tego względu warto ją przeczytać.

Innym powodem może być taki, że to bardzo dobra powieść.

Mariusz „Orzeł” Wojteczek. Ocena: 8/10

„Exodus” to opowieść o mężczyźnie, który wepchnięty w siatkę międzyludzkich powiązań, wymyka się, ucieka dopingowany tragedią, by stać się samotnikiem kroczącym pośród ludzi. By być nikim i zrozumieć, że nikim być nie można. Zawsze trzeba być kimś, choćby artystą życia, który potrafi wykreować jedynie tragedię. Bo Janek ma tę niezwykłą cechę, jednoczy innych przeciwko sobie.

Gdy piszę tę recenzję, poznański dworzec pkp zdobią billboardy niosące pewną treść: tolerancja to za mało, należy się szacunek. Billboardy często przypominają o tym, by nie bić żon, by nie wsiadać za kółko po spożyciu, by szanować drugiego człowieka. Trudno powiedzieć, czy bez nich cokolwiek uległoby zmianie. Orbitowski jest pisarzem, dlatego przesłania z billboardów upycha w fabuły. Zadaje przy tym ciekawe pytania: Czy bez pieniędzy, Gwiezdnych Wojen, czystego ubrania nadal odbijamy się w oczach innych jako ludzie? Czym jest godność? Czym jest człowieczeństwo? Przemierzając Berlin, obóz przesiedleńczy u podnóża Alp, Lublanę oraz goszcząc na greckiej wyspie szuka odpowiedzi na te pytania.

Pierwszy przystanek to Berlin. Przyklejony do swojego plecaka niczym Raoul Duke do walizki, Janek, uciekinier z własnego życia, pędzi przez dnie i noce, smakując zachodnie powietrze. I rzeczywiście, jego przygoda przypomina tę opisaną w „Strachu i odrazie w Las Vegas”. Mania prześladowcza krążąca po głowie jest motorem napędowym bohatera, czerwoną lampką nad głową, która nie pozwala na chwile spokoju. To wyrzuty sumienia, przed którymi nie sposób uciec, jednak by nie oszaleć, należy próbować. I gdy próby kończą się fiaskiem, na ratunek Jankowi przychodzi ksiądz Robert. Janek ma specyficzną cechę, demaskuje niegodziwości innych. Jego łupem pada również Robert, który obdarty ze swej tajemnicy, karleje do diabelskich rozmiarów. Stacja druga to przesiedleńczy obóz, gdzie dzieje się wszystko, a my możemy zobaczyć szaleństwo, któremu Janek poddaje się chcąc naprawdę zbawić obóz. Lublana to przystanek, gdzie rzeczywistość odwraca się od rozgrywających się scen, błagając, by wpisać je w fikcję. To tutaj, w krainie beznadziei włóczykij odkrywa w sobie największe pokłady dobra. Odnajduje bezinteresowną miłość do drugiego człowieka. Nie przez przypadek kończymy w pięknej Grecji, stolicy zachodniej mądrości. Tutaj, u źródła największych idei, Janek sprawdza granice własnego miłosierdzia. W tej całej podróży zrzuca siebie, gubi siebie, prąc na przód donikąd. Z tych warstw, z tej skorupy wyłania się człowiek tęskniący za drugim człowiekiem, za dotykiem, okruchem ciepła. Powoli wychodzi największa tęsknota, jaką jest tęsknota ojca do syna.

Człowiek stworzony jest do tego by kochać. Jednak życie często niesie więcej namiętności niż może pomieścić serce. Bywa, że kocha się kogoś więcej niż partnera, z którym kroczy się przez życie. Ta miłość może być równie gorzka, co ta uprawiana od lat w domowym zaciszu. Tego dowiadujemy się z retrospekcji, wspomnień, z których tak naprawdę dowiadujemy się, kim jest włóczykij Janek. Tu przewodnikiem jest raz mama, a raz trener sukcesu, dzielny Steve, wujek dobra rada, przekuwający chłopców w prawdziwych mężczyzn. Nie ma tu jednak figury ojca, jej zarys dostrzegamy ukryty w kopertach, ale to sekret najpilniej strzeżony, najbardziej bolesny. Bo przecież „brak ojca jest jak zepsuty kompas i potrzaskany ster, trudno wówczas żeglować przez życie.” Zaś „życie to ciemność, jęk i zgryzota – w tym mroku przyda się każdy promyk.” I taki właśnie jest Janek, główny bohater książki. Skłonny do filozoficznych rozważań, kroczący z głową w chmurach, ale to dzięki temu gotów jest niczym wielki Gilgamesz opuścić swoje królestwo i ruszyć w nieznane, szukając dla siebie ratunku.

A to przecież nie wszystko. Przecież jest jeszcze billboard nawołujący do szacunku. Bo Janek to nie tylko włóczykij własnego życia, to również rzetelny, bo kroczący obok rzeczywistości dziennikarz. Ta gonzo-narracja, poprzez którą autor mocuje się z europejskim kryzysem uchodźczym, z postępującą bezdomnością, z trenerami fałszywej tożsamości, z fałszywym miłosierdziem, uzależnieniem od gadżetów, pozwala czytelnikowi samemu wyskrobać niepokój drzemiący w podbrzuszu. Orbitowski dzieli się z czytelnikiem gorzką jak polskie oliwki refleksją, o tym że jesteśmy bezradni jak dzieci, potrafimy bez końca toczyć scenariusz, którego nas nauczono, który nam wpojono, a coraz mniej zdolni jesteśmy do zrywu, by chwycić życie za mordę. O tym, że rodzimy się niewolnikami, całe życie budującymi w marzeniach domy, nie rozumiejąc, że domu nie da się kupić. Słyszymy o tym w jęku bezdomnych, pijaków, którzy umierają tęskniąc za tymi widziadłami. To gorzka refleksja na temat człowieka, który nauczony kochać poprzez pieniądze, nie widzi w sobie szacunku, gdy mu ich brak. Najbardziej poruszający okazał się dla mnie fragment, który wprowadzę wspierając się filmem „Wielkie piękno” („La grande bella”). Jest tam scena, gdzie święta na miarę Matki Teresy z Kalkuty osaczona przez włoskich artystów, zapytana o swoje życie odpowiada: o biedzie się nie mówi, w biedzie się żyje. Tę gorzką prawdę Orbitowski obnaża w obozie dla uchodźców, gdzie człowiek wznosi swój sukces na porażce drugiego człowieka.

A jednak „Exodus” uczy, że od nadmiaru da się uciec, zgubić po drodze i pozostać człowiekiem. To nie nadmiar zżera człowieka lecz pustka, przed którą nie da schronić się nigdzie. To puste miejsce w łóżku, pusty żołądek, pusta butelka po alkoholu, która przeraża, wykrzywia mordę w zwierzęcym grymasie. Pustka to potwór, to bestia najgorsza, którą każdy chce czymś zapełnić. To ona dmie w żagle wichrami nieukojonej goryczy. Zrywa do marszu, tak Janka jak i Gilgamesza w eposie, którego słowa na koniec zacytuję, bo „Exodus” jest niczym epos o współczesnym człowieku:
„I to takoż był trud Gilgamesza, władcy, który wszystko widział a przejrzał, widział rzeczy zakryte, wiedział tajemne, przyniósł wieści sprzed wielkiego potopu. Wyruszył Gilgamesz w daleką drogę zmęczył się ogromnie, przyszedł z powrotem. Na kamieniu wyrył powieść o trudach.”

Marta Sobiecka. Ocena: 10/10

Kategorie
książki
Komentarz
  • beno
    7 stycznia 2018 at 12:16
    Skomentuj

    „prubując”, „nie dopasowaniu” – ludzie pióra.

  • Dodaj komentarz