Zysk i S-ka
książki

Dzikie karty [recenzja]

Na fali popularności serialu „Gra o Tron” nazwisko George’a R.R. Martina urosło do miana klasyka gatunku. Czy jest to jednak powód by kupować każdą książkę, na której owo nazwisko widnieje?

„Dzikie karty” to właśnie jedna z takich pułapek, na które mogą się naciąć nieświadomi i mało spostrzegawczy czytelnicy. Tym bardziej, że widniejące nad przyciągającym wzrok mianem „redakcja i wybór” zostały zapisane odpowiednio małymi i zlewającymi się z tłem literami. Lojalnie więc ostrzegam, George R.R. Martin jest jedynie głównodowodzącym tej antologii, w której swe umiejętności prezentują zarówno mistrzowie gatunku (Roger Zelazny, Tom Wolfe), jak i twórcy mniej znani i popularni. Siłą rzeczy odbija się to na jakości, tym bardziej, że większość tekstów została napisana pierwotnie w roku 1986, a trzy z nich dorzucono do składu w 2010. Tu również widać rozbieżność, która może odbić się na lekturze.

A czym jest sama lektura? To dość interesujący pomysł rozliczenia się z superbohaterami znanymi z komiksowych historii. Według legendy Martin wraz z kilkoma przyjaciółmi rozważał kiedyś co by się stało z takim Supermanem, gdyby musiał odpowiadać przed komisją Hoover’a, albo gdyby inny heros walczył z problemami codzienności. Z tego zrodził się pomysł stworzenia uniwersum bardziej ludzkich, często zgorzkniałych postaci. Swoiste odarcie superbohaterów z młodzieżowych barw przypomina konwencję „The Watchers”, jednak Martin wraz z kolegami idą dalej. Wydany właśnie przez Zysk i S-ka tom opowiada historię powstania owych bohaterów, jest swoistym „genesis” postaci. Oto zaraz po II wojnie światowej Ziemię atakuje wirus, w wyniku którego niektórzy ludzie zyskują niezwykłe moce (i stają się swoistymi Asami), a innych dotyka kalectwo i deformacja (tym przypada określenie Jokerów). Jedni postanawiają wykorzystać swe nowe moce dla własnych korzyści, inni wręcz przeciwnie. Klasyczny schemat narodzin superbohaterów zostaje tu podany w surowej, wręcz szarej formie, bez kolorowych strojów, trykotów i peleryn, w zasadzie nawet bez formalnych przydomków. Należy jednak pamiętać, że jest to dopiero początek i pierwszy tom bardziej rozbudowanej (czy może być inaczej w przypadku Martina?) historii. Owo uniwersum blisko dwadzieścia lat temu cieszyło się w Stanach znaczną popularnością. Pytanie jednak, czy współczesny, polski czytelnik będzie chciał się wgryzać w alternatywną historię Ameryki i czy nie pogubi się w natłoku postaci i bohaterów? Doceniam rozmach antologii, bardzo podoba mnie się przenikanie kolejnych tekstów, nie mam wątpliwości, że magia nazwiska uczyni książkę bestsellerem, a my doczekamy się kolejnych odsłon „Dzikich kart”. Uprzedzam jednak wszystkich miłośników Martina, że omawiana książka to antologia ponurych opowiadań science-fiction różnych autorów wymieszanego z historią alternatywną. Jak większość antologii, nierówna. Przeczytać można z nadzieją na większą atrakcyjność kolejnych odsłon serii.

Kategorie
książki
Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, muzyk, redaktor, publicysta. Autor i współautor ponad dziesięciu zbiorów opowiadań m.in. „Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite” (2009), „Lek na lęk” (2011), cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (2013), „Pradawne zło” (2014), „Horror klasy B” (2015), „Królestwo gore” (2017) oraz powieści „Miasteczko” (2015), „Zombie.pl” (2016), cykl „Nienasycony” (2017). Muzyk zespołów Acrybia, Damage Case i Wilcy. Pisał i recenzował w sieci i prasie. Szczęśliwy mąż, ojciec trójki dzieci.

Dodaj komentarz