książki

Dziennik podróży w przeszłość

Dziennik podróży w przeszłość. Marek Nowakowski. Iskry. Warszawa 2014

Przeczytałem tę książkę jednym tchem. Czego i wszystkim życzę. 

Tytuł książki jest nieco zwodniczy, bo to na pewno nie jest dziennik. Nie ma tu w każdym razie skrzętnie robionych dzień po dniu zapisków ani detalicznych spostrzeżeń „przy okazji” czy też błyskotliwych refleksji na kanwie. To nie są drobiazgi nizane według kalendarzowego porządku. To są cztery syntetyczne wspomnienia pisarza z lat wczesnej młodości, z czasów szkolnych i uniwersyteckich, z okresu zetempowskiego zaczadzenia i czasu uwiedzenia etosem złodziejskiej chewry. Cztery niedługie rozdziały zamknięte krótkim postscriptum. To postscriptum to w sumie 6 zdań, które mają zwięzłość i twardość kamienia. Są przy tym szczere do bólu. A przez to, że przeziera przez nie coś jakby gorycz porażki, poruszają do gębi. To postscriptum to kolejny (i zarazem ostatni – książka ukazała się tuż przed śmiercią pisarza) dowód, że Marek Nowakowski sprawdzał się najlepiej w prozatorskich formach krótkich.

„Dziennik” to na dobrą sprawę dopełnienie wydanego przed dwoma laty (też przez Iskry) tomu wspomnień „Pióro. Autobiografia literacka”. A właściwie jego wyprzedzenie, coś w rodzaju prequela. „Pióro”, opowiadające (między innymi) o początkach kariery pisarskiej Nowakowskiego, zaczynało się bowiem tam, gdzie „Dziennik” niejako się kończy. A cezurą jest tu publikacja opowiadania „Kwadratowy” w tygodniku „Nowa Kultura” w 1957  roku. Czyli literacki debiut Nowakowskiego. O ile więc „Pióro” opowiadało o czasach (i ludziach), kiedy Nowakowski pisarzem już był, o tyle „Dziennik” jest próbą odpowiedzi na pytanie, dlaczego nim się stał. A nie był to taki oczywisty wybór.  Mógł przecież Nowakowski zostać partyjnym aparatczykiem (przecież rzucił szkołę średnią, by zostać etatowym, a przy tym fanatycznym, przewodniczącym zarządu zakładowego ZMP w PLL na Okęciu), mógł zostać kryminalistą (w „Dzienniku” Nowakowski dość szczegółowo opisuje okoliczności swojej odsiadki za rabunek, którego dopuścił się wraz z ferajną), mógł wreszcie zostać adwokatem albo prokuratorem (w końcu studiował prawo na Uniwersytecie Warszawskim, choć studia ostatecznie porzucił). Został jednak pisarzem. To była jego ucieczka do wolności. Ta konkluzja jest przez Nowakowskiego wyłożona jasno i prosto, bez ogródek i bez patosu. Ale parę pytań pozostało jednak w zawieszeniu. Wciąż nie do końca np. jest jasne, dlaczego chłopak z dobrego patriotycznego domu (matka i ojciec byli przedwojennymi solidnymi nauczycielami) dał się otumanić „czerwonym syfilisom”,  i dlaczego to właśnie środowisko lumpów uratowało go przed skiepszczeniem się, przed frajerstwem, przed karierą bolszewika. Wspomina  Nowakowski w „Dzienniku…” : „Opatrzność czuwała. Zesłała mi w roli aniołów małych złodziejaszków, paserów, sutenerów. Powędrowałem z nimi po melinach, bazarach , przechodnich bramach. Dlatego tak bardzo wdzięczny im jestem, doczepiłem się do nich i oni mnie nie odrzucili. Tamto komunistyczne zaczadzenie przeszło jak ręką odjął”. Może tak było  naprawdę, ale wydaje mi się, że w tych słowach pobrzmiewają nie „opatrznościowe” fakty a literackie mity. Czy też raczej mitologia dająca swoiste alibi przyszłym bohaterom opowiadań Nowakowskiego. Ludziom z marginesu, chłopakom z warszawskich przedmieść i nieodległych peryferii, którzy mętniactwu i łajdactwu oficjalnego centrum, relatywizmowi mieszczańskiego śródmieścia przeciwstawią swój jednoznaczny i nienaruszalny kodeks etyczny. Nie był on bynajmniej jednoznaczny z Dekalogiem, ale przynajmniej był jakiś. W Peerelu wszak etyka partyjnym bonzom myliła się z polityką. A i z plasteliną też.

Są więc w „Dzienniku podróży w przeszłość” nie tylko fakty, daty, nazwiska ale i interpretacje, bo to jest bardziej zapis podróży w głąb świadomości niż wyprawy do archiwum. Dla mnie osobiście to zapis podwójnie ciekawy.  Po pierwsze: w zamierzchłej przeszłości na wydziale polonistyki UW popełniłem pracę magisterską (co zrobić, różne nieszczęścia chodzą po ludziach), której bohaterami obok Hłaski i Brychta był właśnie Marek Nowakowski. Po drugie: (związane zresztą z tym pierwszym) miałem szczęście Marka Nowakowskiego poznać osobiście. To było w 1980 roku, a więc w gorący czas krótkiej wolności, kiedy jako „ekspert” zostałem doproszony przez kolegę ze studiów do telewizyjnej rozmowy z pisarzem. Nowakowski jako współzałożyciel „Zapisu”  był wtedy od paru lat w oficjalnych mediach na indeksie, i ten wywiad miał to odmienić. Jak przebiegła rozmowa przed kamerami, zupełnie nie pamiętam, ale dokładnie za to pamiętam wieczór „po”, kiedy wieczorną porą pisarz, kolega i ja ruszyliśmy w Warszawę. Nowakowski był naszym cicerone i okazał się prawdziwym Księciem Nocy. I nie chodzi tylko o to, że piliśmy wódkę, bo oczywiście piliśmy, ale o to, że Nowakowski pokazał nam Warszawę, której, choć mieszkaliśmy w niej od zawsze, nie znaliśmy. Albo nawet i znaliśmy, ale w obecności Nowakowskiego nawet dobrze oblukane już przez nas miejsca nabierały jakiejś nadzwyczajności, puchły od egzotyki. Przynajmniej ja, młodziak w końcu wtedy jeszcze, odnosiłem takie wrażenie, wydawało mi się, że na moich oczach ożywa Warszawa i jej klimaty z „Benka Kwiaciarza” i „Sielanki”. Czy była to tylko autosugestia? Może. Tylko skąd na początku owego wieczoru, do kolejki, w jakiej staliśmy na postoju taksówek, przyplątał się Mieczysław Gajda, którego jakoś wtedy właśnie wypuszczono z tiurmy, no i skąd na koniec tej naszej nocy w barze „Dwójka” przy ul. Marszałkowskiej śpiąca dotąd przy bufecie kobieta wstała nagle i najczystszym sopranem zaśpiewała jakąś operową arię. Niektórzy mówią o Nowakowskim – przedstawiciel małego realizmu. A piep…cie się wy znawcy wszyscy.

Tu od razu wyjaśnienie, żeby nie było nieporozumień. Nowakowski nigdy nie był moim literackim hiperidolem. Bardzo lubiłem jego opowiadania, ale nie wszystkie, głównie te z tomików od „Tego starego złodzieja” po „Robaki”, zupełnie jednak nie kupowałem jego literackiej „publicystyki”  z ostatnich dwudziestu lat (oj nie moje to klimaty), ale za jedno zawsze Marka Nowakowskiego ceniłem. Za konsekwencje.  W jego przypadku (a pośród naszej pisarskiej braci to prawdziwa rzadkość) autor i człowiek nie odklejali się od siebie. To zawsze była jedność. Był na swój sposób monochromatyczny i monolityczny. Tak w swoim pisaniu, jak i w swoim życiu. Dla jednych to pewnie zaleta, dla innych wada. Ale Marek Nowakowski, tak jak bohaterowie jego wczesnych opowiadań, był przede wszystkim charakterniakiem. Nie bał się mówić prawdy nikomu. Nawet sobie. W przywoływanym tu postscriptum do „Dziennika” można przeczytać: „…nie zdołałem tego, co pisałem, wypiętrzyć, unieść wysoko, jak marzyłem, i przez to uczynić doskonalszym, trwalszym, bardziej porażającym”. A na samym końcu pada słowo: „Szkoda”.

No ale starczy już, to miała być krótka recenzja, a wyszła jakaś polonistyczna kobyła. Nowakowski by mnie wyśmiał.

 

Kategorie
książki

Dodaj komentarz