książki

Czarownica znad Kałuży – postapo na jakie ludzie czekają, ale nie takie jakiego oczekują [recenzja]

Bez większych krępacji przyznaję, że do Czarownicy znad Kałuży Artura Olchowego przymierzałem się długo. Głównie dlatego, że ostatnio na czytanie — a w tym i pisanie recenzji — kompletnie nie mam czasu. To, rzecz jasna, truizm — ale w moim wypadku prawdziwy. Niniejsze słowa też piszę pomiędzy wklepywaniem własnych tekstów, podjadaniem kotleta, a przygotowaniem dzieciaka do kąpieli. Taki los.

Wróćmy jednak do meritum.

Proza Olchowego to proza specyficzna. Jeśli szukacie literatury stricte rozrywkowej, to Czarownica… nie jest dla was. Rozrywkę tam bowiem znajdziecie, ale doprawioną przyprawami, które niekoniecznie zniesie co słabsza czytelnicza głowa. Będzie tu zatem i pewna mroczność, a nawet pomroczność, zabawa konwenansami, horror tkwiący korzeniami w wiedzy wyciągniętej z zapomnianych bibliotek i przymrużone oko w iście carrollowskim stylu (tego Carrolla od Krainy Chichów), które niejednokrotnie wytrąci was z równowagi. Mnie wytrąciło — ale o tym za chwilę.

Na początku chciałbym, żebyście wyobrazili sobie Pana Artura. Nosi niewielką, gustownie przystrzyżoną bródkę i zerka dobrotliwie zza drobnych okularków. Z jego miłej oku aparycji promieniuje serdeczność. Czujne oko dostrzeże jednak charakterystyczne zmarszczki nerda, które wychodzą na powierzchnię burząc nieco rezon obserwatora. To człowiek, który z uśmiechem pogada z wami o ciekawostkach związanych z Galaktyką, by zaraz zastanowić się nad koniecznością smakowania trupich jelit wygrzebanych z cmentarza pod lasem — jednocześnie nie zmieniając wyrazu twarzy. Słowem — wariat, czyli materiał na pisarza. Czarownica… jest tego dobrym dowodem.

Powieść zaczyna się niewinnie — mięsistym opisem rzeczywistości wioskowej czerpiącej garściami z zacofanego folkloru. Owa baśń będzie do nas wracać przed każdym rozdziałem, coraz bardziej zmierzając w nieznane nam rewiry. Ledwie jednak zostaniemy nagryzieni owym baśniowym rytmem, gdy autor wrzuca nas w opis samej wsi i jej mieszkańców żyjących naturalnym (?) rytmem przyrody. Już tkwimy więc w Chłopach Reymonta — o, jesteśmy w domu! Uśmiechamy się z wyższością na myśl o dobrotliwej twarzy Pana Artura — pisarza, który pragnął nas podejść. Rozsiadamy się zatem wygodnie, by nagle zrozumieć: to nie Reymont. To nawet nie baśnie. Cholera wie co to jest, do diabła!

A jest to postapo. I wszystko zaczyna się mieszać.

W łapy tytułowej czarownicy trafia młody Michaś — wydawałoby się, typowy uczeń czarodzieja, co „do roli się nie nadaje”, niech zatem wiedźmie dopomoże — ale przekręcona rzeczywistość utworu sprawia, że czytamy o tym cokolwiek podejrzliwie. Wiadomo już bowiem, że wyprawa przez Kałużę nie będzie łatwa — tropy i znaki okażą się czymś zupełnie innym niż się wydają, a sama czarownica… — no, ale nie będę spoilerował. Szkoda utworu. Najlepiej samemu odkryć wszystkie smaczki.

Powieść Olchowego nie zasadza się na ucieczkach, non stopowych suspensach i wystrzałach z karabinu. To ballada z pozornie prostą fabułą — choć rozdmuchana na tyle, by dobrze wgryźć się w miąższ opisanej rzeczywistości. A jest to miąższ wyjątkowo mięsisty — autor lubi się bowiem rozwinąć, pokazać nam dróżkę, krzak, kamień i zrobić to na tyle realistycznie by przed oczami wymalowała się nam wieś — wieś bogata, ciekawa… choć pokryta postapokaliptyczną rdzą.

Czy jest zatem w Czarownicy… wyłącznie pięknie? Nie, aż tak dobrze to nie ma. Niekiedy autor mrugnie do nas okiem, gdy chcemy poczuć grozę i zachichocze, gdy powinna zapaść grobowa cisza. Trudno wskazać na elementy konkretne, ale Olchowy już taką tendencję ma — to człowiek postmodernizmu, a postmodernizm ma chętkę wkłuć w nas szpilę, gdy napęcznieliśmy jak balon. Chciałoby się niekiedy by groza pozostała grozą, a smutek — smutkiem. To w życiu niemożliwe, w powieści zaś — mogłoby zaistnieć. Olchowy nie zawsze się na to zgadza. Nie zmienia to jednak faktu, że mamy do czynienia z dobrą literaturą.

Tak szczerze – to Czarownica… mnie martwi. Jest to bowiem postapo na jakie ludzie czekają, ale nie takie jakiego oczekują. To kolejny akord Kantyczki dla Leibowitza Millera tyle, że w polskich realiach — i owa kantyczka wymaga nie rechotu nad kartką, a myślenia. Tu nie ma twardych chłopów naparzających w mutanty z ruskiego kałacha i brak tu wojskowych rzucających mięsem na widok dziewcząt w skórach machających dorodnymi cyckami. To postapo takie, jakie być powinno — postapo, gdzie nie chce się już walczyć. Inna sprawa, że niekiedy walczyć się musi — i czarownica dobrze o tym wie. Walka ta jest wszakże przesiąknięta smutkiem, nie tandeciarskim chojractwem. Bo postapo jest przecież smutne. Ale kto o tym dziś pamięta?

Czarownica znad Kałuży. Artur Olchowy. Genius Creations 2017. Ocena: 90%

Kategorie
książki

Marcin Podlewski — dziennikarz, pisarz, zwycięzca konkursu na XXX–lecie „Nowej Fantastyki”, laureat konkursu literackiego wydawnictwa Agharta, konkursu „Science Fiction po polsku 2” i innych. Nominowany do Zajdla, swoją przygodę z literaturą piękną zaczął od opublikowania opowiadań na łamach magazynu „LAMPA”. Autor serii s-f „Głębia”.

Dodaj komentarz