książki

Czarnooka Blondynka – Philip Marlowe powraca w dobrym stylu [recenzja]

Nowa powieść z legendarnym detektywem Philipem Marlowem. Brzmi strasznie? Bez obaw – Benjamin Black doskonale poradził sobie, tak ze stylem Raymonda Chandlera, jak z ikoniczną postacią. Dzięki czemu „Czarnooka blondynka” to nie tylko jeden z najlepszych czarnych kryminałów jakie przyjdzie wam w tym roku czytać, to po prostu bardzo dobra powieść.

Bojaźń i drżenie było. Po pierwsze – książki Chandlera to nie tylko kanon czarnego kryminału, a jedne z najwybitniejszych amerykańskich powieści dwudziestego wieku. Powieści, które wytoczyły nową drogą gatunkowi i doczekały się nieskończonej ilości naśladowców. Po drugie – już wcześniej próbowano dopisać kontynuację przygód Marlowe’a. Dwie powieści Roberta B. Parkera, czyli „Tajemnice Poodle Springs” (będące kontynuacją powieści nad którą przed śmiercią pracował Chandler) i „Wielkie marzenie” (kontynuacja „Wielkiego snu”) – trudno uznać za udane. Obie bardziej przypominały nachalne kopie i w żadnej nie było czuć śladu po twórczym podejściu autora.

Choć sam Parker przecież należał do grona najwybitniejszych amerykańskich twórców kryminału. W starciu ze swoim wielkim mistrzem jednak poległ. Poza powieściami był jeszcze zbiór opowiadań. W wydanej na stulecie urodzin autora „Żegnaj laleczko” antologii „Raymond Chandler’s Philip Marlowe: a Centennial Celebration” z postacią Marlowe’a zmierzyli się tacy giganci jak Sara Paretsky, Simon Brett, Ed Gorman czy James Grady. Tyle, że zbiór okazał się być bardziej ciekawostką niż wartościową pozycją i dziś pamiętają o nim tylko wielcy fani autora.

„Czarnooka blondynka” to zatem czwarte podejście do Marlowe’a. Tym razem jednak wydawcy podeszli do próby wskrzeszenia ikonicznego detektywa z pomysłem tak wydawałoby się absurdalnym, że genialnym. Zamiast szukać kontynuatorów pośród współczesnych autorów kryminałów, postawili na postać, która gatunkiem się bawi, traktując go bardziej jako wprawkę niż cel sam w sobie. John Banville bowiem jest przecież jednym z najwybitniejszych współczesnych irlandzkich pisarzy. Jego „Morze” nagrodzono Bookerem, na koncie ma niemal wszystkie nagrody literackie i od lat mówi się o nim jako jednym z czołowych kandydatów do Nobla. W przerwach i dla rozrywki pod pseudonimem Benjamin Black pisuje on kryminały, które także trudno nazwać czystymi gatunkowo. Ciągną one w stronę dusznego egzystencjalizmu, a fabułę traktują jako pretekst do rozważań nad kondycją ludzkości. 

Ktokolwiek czytał Chandlera doskonale wie – ojciec Philipa Marlowe od początku swojej pisarskiej kariery próbował uprawiać właśnie taki kryminał. Wymykający się gatunkowym ramom. Kryminał, który zderza człowieka z losem. Jest ironiczny, zdystansowany i pod całą gatunkową zabawą – wystawia rasie ludzkiej nieciekawą diagnozę. Oczywiście to wciąż była rozrywka. Wybitna rozrywka. Ale nasączona niebywałą ilością życiowego smutku.

Banville w „Czarnookiej blondynce” poszedł dokładnie w tę stronę. Marlowe’a spotykamy tuż po finale „Playbacku”. Linda Loring jeszcze nie jest najważniejszą kobietą jego życia, ale gdzieś w tle się przewija. To zresztą ona (a przynajmniej tak twierdzi bohaterka) przysyła do jego biura piękną tytułową blondynkę. Nazywa się Clare Cavendish, jest dziedziczką bogatego rodu i ma problem. Zaginął jej kochanek. Marlowe szybko przekonuje się, że prosta sprawa, niebywale się skomplikuje, gdy okaże się, że kochanek nie żyje. A przynajmniej bardzo dobrze trupa udaje.

Pod względem konstrukcji „Czarnooka blondynka” jest kanoniczym kryminałem z Marlowem. Banville zbudował narrację powtarzając niemal dokładnie sposób budowania opowieści przez Chandlera. A zatem mamy początek śledztwa, pierwsze komplikacje, zakapiorów, kolejnych zakapiorów, twist, jeszcze więcej zakapiorów i kobiety, które przynoszą tylko kłopoty. A że kłopoty to specjalność naszego detektywa – brnie on w śledztwo i znajomość z Clare jak ćma do ognia. Mając świadomość, że i tak się poparzy i nic dobrego z tego nie wyniknie.

Dla wielbicieli Chandlera, Banville odmalowuje tu coś na kształt literackiego pejzażu ze świata Marlowe’a. W tle przewijają się niemal wszyscy kanoniczni bohaterowie, mamy znane uliczki, bary i komisariaty policji. Ale na szczęście „Czarnooka blondynka” to nie tylko kopia. Wprawka w stylistyce i literacki hołd. Banville idzie dalej. On pisze Marlowe’a po swojemu obdarowując go swoją niepodrabialną wrażliwością, wyrosłą z literatury zupełnie innej niż gatunkowa.

A że robi to na tyle sprawnie i mądrze nawet nie orientujemy się w chwili gdy „Czarnooka blondynka” z czarnego kryminału zamienia się w banville’owską opowieść wyczuloną na półsłówka, literackie aluzje i poetyckie obrazy. Jak choćby ten o cieniu rzucanym przez nocną lampkę, który wygląda jak ślady krwi, których nikomu nie chciało się zmywać.

Żyjemy z dziwnych czasach. Co chwila na rynku ukazują się powieści kontynuujące dzieła zmarłych. Mieliśmy nowe przygody Bonda, Holmesa. Nowe powieści Ludluma i Clancy’ego. Na tym tle „Czarnooka blondynka” to rzecz wybitna, bo idzie krok dalej. Nie oddaje bezmyślnie hołdu. Nie próbuje bezmyślnie kopiować. To po prostu mądra i dobra powieść kryminalna, napisana przez autora, który kocha ten gatunek. I ma też świadomość wszystkich jego niedociągnięć.

Czarnooka blondynka, Benjamin Black, Albatros 2017. Ocena: 85%

Kategorie
książki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz