książki

Czarna lista

 

 

Czarna lista, Frederick Forsyth, Albatros

 

To miał być wielki powrót mistrza thrillera. Choć już samo użycie określenia „powrót” jest w tym wypadku fascynujące. Wynika bowiem z niego, że Forsyth gdzieś na długie lata przepadł, a on przecież sobie cały czas trwa, wydaje regularnie powieści i ma całkiem dobrze. Ale nie będę złośliwy. Wszak nie od dziś wiadomo, że promocja podobnie jak Bóg chadza niezbadanymi ścieżkami. A więc mamy nowy thriller króla thrillerów. I tu pojawia się problem. Z zasady, bowiem thriller, jako gatunek literacki powinien trzymać czytelnika w bezustannym napięciu. A „Czarna lista” niestety zamiast trzymać w napięciu, delikatnie kołysze do snu.

 

 

A przecież wszystkie elementy niezbędne do stworzenia fascynujące historii są tu obecne. Mamy i podłego islamskiego „Kaznodzieję”, który wygłasza w internecie żarliwe kazania, po których dżihadyści dokonują zuchwałych samobójczych zamachów. Mamy tajną organizację rządową, która nie bawi się z wrogami USA w koci łapci a strzela w łeb bez ostrzeżenia, afrykańskich piratów, hakera. Jak to bywa u Forsytha nie ma tu prawie śladu po kobietach (bardzo dobrze, skoro – uwaga to nie żart – pisarz wybrankę serca jednego z bohaterów określam mianem „nadobna”). I w końcu mamy super agenta „Tropiciela”, który wyrusza z misją zabicia „Kaznodziei”. W dodatku wszystko to opisane jest językiem suchym, niemal dziennikarskim, który ma nadać wymyślonej historii reporterski sznyt. W „Dniu Szakala” ten zabieg zagwarantował Forsythowi miejsce w kanonie współczesnej literatury rozrywkowej. A tu? Niestety czterdzieści lat później zamiast frapować, zwyczajnie irytuje.

 

 

Pierwsze sto stron „Czarnej listy” przypomina czytanie źle zredagowanej strony w Wikipedii. Zostajemy tu, bowiem przytłoczeni masą informacji o postaciach, tajnych akcjach, zamachach, które w zasadzie nic nie wnoszą do fabuły i w efekcie są zupełnie zbędne. Próba naszkicowania jakiejkolwiek relacji między postaciami jest niepotrzebna, bowiem przez następne trzysta stron Forsyth będzie pisał o wszystkim – tylko nie o relacjach między bohaterami. Irytują również naiwne (jak rozumiem w zamyśle autora odkrywcze) spostrzeżenia o tajnych służbach i inwigilacji. Otóż w dobie internetu, stacji telewizyjnych nadających całą dobę i WikiLeaks, rewelacje, które opisuje autor „Psów wojny” zwyczajnie śmieszą. Oczywiście pamiętamy o tym, że Forsyth sam był najemnikiem, że próbował dokonywać rewolucji w afrykańskich republikach, ale czasy niestety się zmieniły. Dziś to, co kiedyś było tajne, stało się albo publiczne, albo częścią masowych teorii spiskowych. Budowanie napięcia w politycznym thrillerze w taki sposób, jak budowało się je czterdzieści lat temu dziś w dekadzie Juliana Assange’a, bardziej irytuje nieporadnością niż fascynuje.

 

Dlatego czytany współcześnie Forsyth – mimo, iż odnosi się on do współczesności – przypomina bardziej ramotkę w rodzaju filmowego „Doktora No”, niż krwisty współczesny thriller polityczny. I choć w sumie było to do przewidzenia (autorzy o tak silnej pozycji nieczęsto skorzy są do pogodzenia się z upływem czasu), to jakoś mi żal. I z tego żalu chyba wygrzebię stare wydanie „Dnia Szakala”.

Kategorie
książki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz