MAG
książki

7EW – ratunku szukajmy pośród gwiazd [recenzja]

Neal Stephenson to pośród pisarzy twardego science fiction prawdziwa żywa legenda. Właściwie każda z jego książek to zbudowana z dbałością o najdrobniejsze szczegóły wielka epopeja, w której nacisk na naukowy pierwiastek jest zaznaczony wyjątkowo silnie. Nie inaczej jest z „7EW”.

[quote align=right]Stephenson nigdy nie traci kontaktu z rzeczywistością, cały czas silnie eksponując pierwiastek science zakorzeniony w technologii jaką znamy na co dzień.

Już sam początek „7EW” wyraźnie mówi, jak bardzo do serca autor „Peanatemy” wziął sobie słynne słowa Alfreda Hitchcocka o rozpoczynaniu historii „trzęsieniem Ziemi”. U Stephensona takowym jest rozpadnięcie się Księżyca na siedem części. Wydarzenie to samo w sobie, jakkolwiek szokujące, jeszcze powodem do zmartwień nie jest – gorzej, że przeprowadzone a najbliższym czasie badania jednoznacznie wskazują, że wkrótce odłamki ziemskiego satelity najpierw zaczną rozbijać się o siebie nawzajem, zwiększając niebotycznie swą liczebność, by później nieustannie spadać w atmosferę, rozgrzewając ją do czerwoności. Proces ten ma trwać okrągłe pięć tysięcy lat, doszczętnie niszcząc życie na niebieskiej planecie. Rozpoczyna się więc wyścig z czasem – ludzkość ma zaledwie dwa lata na wymyślenie jak ocalić nie tyle cywilizację, co jakikolwiek ułamek naszego gatunku. Wybór pada na projekt zwany „Arką w chmurze”, w praktyce będący zbiorem orbitujących wokół ISS wariacji kosmicznych promów.

„7EW” to tak naprawdę dwie książki w jednej – o ile zdecydowanie dłuższa część pierwsza skupia się na przygotowaniach i powolnej ekspansji kosmicznego zbioru łodzi ratunkowych, tak druga jest już swobodną, ograniczoną jedynie wyobraźnią autora spekulacją, wynikłą na gruncie wydarzeń z zamierzchłej przeszłości  – dzieje się bowiem pięć tysięcy lat później, już po zakończeniu bombardowania powierzchni Ziemi deszczem księżycowych odłamków – kiedy orbitująca nad ojczystym globem nowa, ludzka cywilizacja zaczyna na poważnie myśleć by na stałe nań powrócić.

Nie będę ukrywał – bardzo lubię styl Stephensona. Amerykanin ma tę umiejętność, że pomimo stosowania monstrualnych niekiedy rozmiarów technologicznych opisów, potrafi utrzymać równe tempo i nie zanudzić nawet nieobeznanego z gatunkiem czytelnika. Przede wszystkim jednak, w odróżnieniu od atakującego niemożliwymi do zwizualizowania fraktalnymi ikonami Egana (które to potrafiły zabić mającą równie dobry pomysł wyjściowy „Diasporę”), czy tonącego w biologiczno-filozoficznych rozważaniach Wattsa, Stephenson nigdy nie traci kontaktu z rzeczywistością, cały czas silnie eksponując pierwiastek science zakorzeniony w technologii jaką znamy na co dzień. Dzięki temu jego „7EW” czyta się na dobrą sprawę niemal jak jeden z numerów „Scientific American” – owszem pewna wiedza w tematyce jest wymagana,  ale zdecydowana większość tekstu daje się bezboleśnie przyswoić i co ważniejsze, sprawić niemałą frajdę. Pomysłów Amerykanin ma wyjątkowo dużo, w trakcie lektury zaś wydawać się może, że wziął pod uwagę nawet najdrobniejsze detale – w każdym razie moje wszelkie laickie wątpliwości co do prawdopodobieństwa przedstawionych w powieści wydarzeń zostały zduszone w zarodku, co już samo w sobie świadczy o tym, że spełnia ona swą rolę wystarczająco dobrze.

Pomimo tego, że „7EW” jest rasowym przedstawicielem hard science fiction, obok charakterystycznych dla gatunku bloków tekstu poświęconych stricte technologii, otrzymujemy także niezgorszą fabułę, którą śledzimy oczyma kilku niekiedy i wybitnie oryginalnych, zaangażowanych w mający ocalić ludzką spuściznę projekt postaci. Nie ma sensu wiele z niej zdradzać – dość powiedzieć, że Stephenson całkiem racjonalnie wykorzystuje aspekt psychologiczny i związane z nim bolączki trapiące nasz gatunek, będąc jednak przy tym sporym optymistą. To zresztą kolejna z zalet „7EW” – mimo pomysłu wyjściowego który przy odrobinie nieuwagi mógłby dosłownie zabijać grobową powagą i defetyzmem, nie brak w książce rozsądnie dozowanych dawek czarnego humoru.

Podsumowując, „7EW” to kolejna, po „Reamde„, czy „Peanatemie” znakomita powieść Stephensona. Lite osiemset stron zadrukowanych wcale nie tak dużych rozmiarów czcionką może co prawda odstraszyć spore grono czytelników już na starcie – tych odważniejszych zachęcam jednak do zapoznania się z wizją Amerykanina. Być może jednak w starciu z siłami potężniejszymi od nas, nie stoimy całkowicie na przegranej pozycji.

Kategorie
książki
Maciej Bachorski

Rocznik ’87. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu „Obcego”, „Cosia” czy „Ukrytego Wymiaru”, rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę. Publikował w „Nowej Fantastyce”, a także w serwisach „Horror Online”, „Szortal” (audiobook „Reguła Rothmana”), „Niedobre Literki” i „film.org.pl”. Z „Dziką Bandą” związany od października 2015 roku.

Dodaj komentarz