książki

2666

2666, Roberto Bolano, Muza

 

Krytycy i czytelnicy od lat spierają się, która książka w dorobku chilijskiego pisarza Roberto Bolano jest jego najwybitniejszym osiągnięciem. Część stawia na „Dzikich detektywów”, a inni na powieść, nad którą Bolano pracował w ostatnich latach swojego życia, czyli „2666”. Jest to jednak czysto akademicki spór, bo bez wątpienia oba utwory są oszałamiającymi i równie wybitnymi przebłyskami geniuszu tego niezwykłego chilijskiego literata, które już w chwili publikacji stały się nowymi prozatorskimi punktami odniesienia na mapie współczesnej literatury. Od niedawna mogą się również o tym przekonać polscy czytelnicy, bo chociaż „Dzicy detektywi” są już dostępni w naszym rodzimym języku od kilku lat, to „2666” pojawiło się w sprzedaży dopiero pod sam koniec zeszłego roku. Ta tysiącstronicowa książka złożona jest z pięciu niezależnych i bardzo luźno powiązanych części, które swobodnie dałoby się czytać osobno.

Tak zresztą chciał je wydać sam Bolano, bo wiedział, że umiera i chciał zabezpieczyć finansowo swoją rodzinę, ale jego spadkobiercy uznali, że była to decyzja podyktowana jedynie względami ekonomicznymi i wbrew jego woli wydali je w jednym tomie. Wszystko wskazuje na to, że mieli rację. Jak już wspomniałem „2666” składa się z pięciu części. Pierwsza opowiada o grupie zaprzyjaźnionych literaturoznawców, którzy specjalizują się w twórczości tajemniczego niemieckiego pisarza Benna von Archimboldiego. Druga to opowieść o Amalfitanie, hiszpańskim profesorze filozofii mieszkającym w Meksyku, który tak bardzo lęka się o swoją córkę, że zaczyna osuwać się w obłęd. Trzecia to historia czarnoskórego dziennikarza, Quincy Williamsa alias Oskara Fate’a, który zostaje wysłany przez swoją gazetę do Meksyku, by obejrzeć i zrelacjonować bokserski pojedynek. Czwarta jest historią serii niewyjaśnionych zbrodni na kobietach, które od wielu lat giną w meksykańskim mieście Sanata Teresa (skojarzenie z Ciudad Juarez jest tu jak najbardziej uzasadnione). A piąta, ostatnia, to opowieść o dziwnych losach Benna von Archimboldiego. Wszystkie te opowieści spotykają się w Santa Teresa, w mieście, w którym giną kobiety. To tam udają się literaturoznawcy, by odszukać Archimboldiego. Tam mieszka Amalfitan ze swoją córką. Tam też odbywa się pięściarski pojedynek, o którym ma napisać Fate. No i tam, na końcu swojej opowieści, udaje się sam Archimboldi. I każda z tych postaci krąży wokół niewidzialnego, ale wyczuwalnego i nad wyraz złowrogiego centrum powieści, wokół tajemnicy, którą uosabiają niewyjaśnione morderstwa. Mam wrażenie, że Bolanio poszedł w tej książce o krok dalej niż w „Dzikich detektywach”, gdzie na pierwszym planie znajdowała się panorama ludzkich losów, pokazujących, że życie nie przystaje do literatury, że tworzenie to nieustanna wojna z przyziemnymi potrzebami, nieszczęściami i chorobami, a także bezpowrotnie uciekającym czasem i zawirowaniami Historii, które pochłaniają życie jednostek i skazują je na zapomnienie. W „2666” Bolano obnaża jeszcze głębsze, może nawet fundamentalne skazy i złudzenia ludzkiej natury. Kluczowy wydaje się tu fragment wykorzystany zarówno w posłowiu, jak i na tylnej okładce polskiego wydania. Pochodzi on z drugiej części powieści, tej poświęconej Amalfitanowi. Jej bohater trafia w pewnym momencie do apteki, gdzie wdaje się w krótką dyskusję o literaturze, z której wynika, że aptekarz woli czytać znakomite opowiadania wybitnych pisarzy, niż ich powieści. Amalfitan formułuje więc wniosek, że czytelnicy wolą doskonałe wprawki wielkich mistrzów od ich prawdziwie wielkich dzieł, w których toczą autentyczne batalie z rzeczywistością i które są przez to niedoskonałe, gwałtowne, ale za to zmagają się z czymś, co przeraża nas wszystkich i otwierają drogę w nieznane. Wydawca sugeruje, że „2666” jest właśnie takim wielkim dziełem i w jakimś sensie ma rację. Lecz wydaje mi się, że sedno tej powieści kryje się właśnie w odpowiedzi na pytanie: dlaczego tak jest? Czemu wolą opowiadania od powieści? Przy czym trzeba jasno zaznaczyć, że nie chodzi tu o jakąś realną diagnozę czytelnictwa, lecz o klucz do zrozumienia „2666”. Widzę to tak: Bolano sugeruje, że opowiadania dają czytelnikom pocieszające złudzenie bezpieczeństwa, bo z racji lapidarnego zagęszczenia treści prezentują uporządkowaną, kompletną i oswojoną wizję świata, który można łatwo ogarnąć umysłem. A to niewątpliwie uspokaja i pociesza. Lecz wielkie powieści oddziałują zupełnie inaczej. Podsycają niepokój i nie dają pocieszenia. Wszyscy bohaterowie „2666” widzą tylko fragmenty gigantycznej układanki, której w żaden sposób nie potrafią złożyć w całość. A i sam czytelnik, mimo że posiada wiedzę ich wszystkich, również nie jest w stanie tego zrobić. Tym samym Bolano zdaje się mówić: wolimy opowiadania, bo nie chcemy pamiętać o tym, że natura rzeczywistości jest niepoznawalną i tak naprawdę przerażającą strukturą enigmatycznych elementów, poszytych tajemnicami, krwią, błotem i smrodem. Ale czy tego chcemy, czy nie, wielkie powieści pamiętają o tym za nas. I „2666” jest jedną z nich.

Kategorie
książki

Dodaj komentarz