komiks

Uncanny X-Force #1: Sposób na Apocalypse’a – Sposób na pisanie ciekawej drużyny [recenzja]

Mordercze drużyny superbohaterów poruszające się w szarej strefie wychodzą bardzo różnie. Niektóre, jak filmowy „Suicide Squad” czy komiksowe „Thunderbolts” Daniela Waya to przeciętniaki totalne, ale czasem zdarzają się perełki – takie jak „Uncanny X-Force” Ricka Remendera.

Talent tego scenarzysty na pstrym koniu jeździ. Kiedy przychodzi do epickich wydarzeń zmieniających oblicze uniwersum Marvela, Remender radzi sobie dosyć słabo, czego dowodem jest choćby jeszcze niewydane w Polsce Axis. Jeśli jednak pozwolić mu poszaleć z brudnymi, niejednoznacznymi historiami na odrobinę mniejszą skalę, pokazuje pazury. Udowodnił to w swoim „Venomie” – a wcześniej także za sprawą omawianego tu „Uncanny X-Force”.

Wolverine i Angel, dwaj druhowie z czasów prosperity Xaviera i jego szkoły, zbierają paramilitarny oddział do zadań specjalnych, o których reszta obdarzonych genem X wiedzieć nie powinna. Usuwają przeszkody w sposób zdecydowany, skuteczny i nieodwołalny – zabijając, jeśli zajdzie potrzeba. Dlatego w skład wchodzą tacy wykolejeńcy jak Fantomex, Deadpool czy Psylocke. Pierwszym poważnym zadaniem, z którym muszą się zmierzyć, jest powstrzymanie odrodzonego Apocalypse’a i jego zauszników. Superbohaterszczyzna, jak każda inna, zdawałoby się. Dowcip polega na tym, że potężny, okrutny mutant, który gnębił świat, tym razem objawia się jako… niepewne przekonań dziecko.

To, co w teorii wygląda jak typowy szkielet Marvelowej opowieści, ożywa na stronach pisanych przez Remendera i ilustrowanych przez jego oddział grafików. Prostą opowiastkę o ratowaniu świata uzbrojono w kilka niewygodnych pytań o to, gdzie przebiega granica konieczności, moralności i odpowiedzialności za pewne czyny. I choć Remender potrafi czasem przywalić głodnym, czerstwym kawałkiem ze standardowego repertuaru komiksów retro, to zazwyczaj dialogi trzymają fason. Scenarzysta potrafi też błysnąć intrygującym, niepokojącym pomysłem wzbogacającym akcję. Czuć specyficzną chemię między bohaterami – taką formę współpracy, której nie dało się znaleźć w „Thunderbolts” Daniela Waya.

Można się wprawdzie obawiać pewnej hermetyczności opowieści, ale w gruncie rzeczy „Uncanny X-Force” daje radę nawet w oderwaniu od reszty uniwersum. Polski wydawca zadbał też o odpowiednie wprowadzenie, przybliżające najważniejsze dla X-Menów wydarzenia z ostatnich lat.

Rysunki w większości dają radę i pomagają w utrzymaniu dojrzalszego klimatu. Mimo, że brało się za to kilku różnych artystów, utrzymują nie najgorszy poziom spójności wizualnej. Oko cieszy też stonowana paleta, jaką wybrano przy projektowaniu kostiumów – czernie i szarości, idealne dla tego typu cicho-ciemnego oddziału.

„Uncanny X-Force” to bardzo dobra opowieść antybohaterska, dojrzała i gorzka, niepozostawiająca złudzeń. Opiera się o ograne schematy, ale całkiem sprawnie je wykorzystuje, by przekazać kilka ciekawych, niewygodnych rzeczy. To jedna z lepszych pozycji tego typu, niemal tak dobra jak „Thunderbolts: Wiara w potwory” Warrena Ellisa. I początek bardzo ciekawej serii, którą warto zebrać w całości.

Uncanny X-Force t.1, scen. Rick Remender, rys. Jerome Opena, Leonardo Manco, Esad Ribić, Rafael Albuquerque, Mucha Comics 2017
8
Uncanny X-Force t.1, scen. Rick Remender, rys. Jerome Opena, Leonardo Manco, Esad Ribić, Rafael Albuquerque, Mucha Comics 2017
Kategorie
komiks
Hubert Sosnowski

Miłośnik popkultury pod każdą postacią – literacką, muzyczną, filmową, komiksową, grową, serialową. Publikował w „Science Fiction Fantasy i Horror”, „LiteRacjach”, „Playboyu” oraz w portalach internetowych – GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy. Człowiek sympatyczny, acz nękają go napady wyjątkowo czarnego humoru.

Dodaj komentarz