Timof i cisi wspólnicy
komiks

Szósty rewolwer #1: Zimne martwe palce [recenzja]

Wydawałoby się, że w przypadku takiego tytułu jak „Szósty rewolwer” nie trzeba zbytnio myśleć. Twórcy straszą nas w na poły poważnym, na poły żartobliwym stylu, a bohaterowie głównie strzelają. Ale też, zgodnie z zapowiedzią wydawcy, to nie jest Dziki Zachód jaki znamy. I dodatkowo komiks, jakich w Polsce często się nie widuje, czyli pulpa pełną gębą. A żeby pulpę właściwie odebrać, trzeba też przestawić myślenie.

Na początku albumu autorzy nie są litościwi dla czytelnika. Wrzucają nas w środek dość skomplikowanej intrygi, zasypują informacjami i wydarzeniami, które dopiero z biegiem czasu będziemy mogli powiązać. Czyli takie świadome wywołanie chaosu, które ma być rodzajem testu na popkulturowe obycie. Zadania nie ułatwia tu brak wyróżniającego się bohatera – chyba najbardziej intrygującą postacią jest Missy Hume, żona słynnego z okrucieństwa generała Konfederacji, Oleandra Hume’a. To ona stoi za planem przywrócenia do życia szalonego męża, ale do tego potrzeba jej kilku magicznych przedmiotów, wśród których jest tytułowy szósty rewolwer, będący kiedyś własnością generała. Lata wcześniej, pewien kaznodzieja uśmiercił generała i zabrał jego magiczną broń. Przez długi czas skutecznie się ukrywał, ale w końcu grupa pościgowa wysłana przez Missy Hume zdołała go znaleźć. Konfrontacja przynosi nieoczekiwane rezultaty, a na scenie pojawiają się też kolejni gracze tej rozgrywki, Becky Montcrief, córka kaznodziei i Drake Sinclair, który poszukuje ukrytego przez Hume’a skarbu. To oni, plus jeszcze jeden zabijaka z Dzikiego Zachodu będą musieli stawić czoła odradzającej się potędze generała.

Powyższy opis tyczy się cały czas początku historii. Jest jeszcze kilka smaczków z pierwszych plansz komiksu, które poszerzają oszczędnie dawkowaną wiedzę na temat przesiąkniętego niesamowitością świata przedstawionego. Nieco gorzej jest po zawiązaniu się wszystkich wątków – jest pogoń, jest wyścig z czasem, ciągłe strzelaniny, ale o tyle atrakcyjne, bo dokonywane z pomocą magicznych rewolwerów. Jest też pewne miejsce, nazywane dość prostacko, ale za to ze skutecznym wydźwiękiem – „Paszczą”, do którego zmierzają wszyscy bohaterowie. Jest cienka granica między fabularną sztampą, a dobrą, nieokiełznaną zabawą – czyli czymś, co charakteryzuje pulpę. Ciekawie to obrazują rysunki – momentami plansze wyglądają tak, jakby jakiemuś rysownikowi od tradycyjnych, humorystycznych historii nagle odbiło i stwierdził, że pójdzie na całość (ta scena z odciętą ręką!). Perełką jest tu generał Hume, prawdziwie przerażający furiat, a zarazem śmieszny w swojej trumnie i okutany łańcuchami. „Szósty rewolwer” to po prostu całkiem udany hołd dla weird tales, dla pulpowej, komiksowej klasyki, która już dawno temu operowała postmodernistycznymi wytrychami, jeszcze zanim postmodernizm nabrał kluczowego znaczenia dla popkultury. Tak trzeba myśleć o tym albumie: trochę chaosu, trochę tanich chwytów i przede wszystkim zabawa oklepanymi motywami – połączenie tego wszystkiego daje czasem nieoczekiwanie dobre rezultaty. Ach! I jeszcze sępy! Po lekturze „Szóstego rewolweru” będę zupełnie inaczej postrzegał te wyjątkowe ptaki.

Kategorie
komiks
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore’a. Pisał artykuły do „Nowej Fantastyki”, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz