komiks

Superbohaterowie Marvela #1: Spider-man – Udany debiut nowej kolekcji [recenzja]

Nowa kolekcja komiksów Marvela od Hatchette wchodzi na polski rynek wraz ze Spider-manem pisanym przez nagrodzonego Eisnerem J. Michaela Straczynskiego. I jest to całkiem mocne wejście.

Twórca Babylon V rozumiał bowiem doskonale, że dla super-bohaterów dużo ważniejszy niż kolejne gadżety i zmiany stroju jest rozwój emocjonalny.

Popyt na komiksy superbohaterskie bynajmniej nie maleje, a wejście w światy dwóch największch wydawnictw, Marvela i DC, wcale nie jest łatwe. Po przygody których bohaterów sięgnąć? Od czego zacząć? Jak je czytać? Gdzie dostanę więcej? To tylko niektóre z pytań nękających nowych czytelników. Nowa kolekcja od Hatchette bardziej niż klasyczne historie ma z każdym tomem przybliżyć sylwetki poszczególnych herosów z panteonu Domu Pomysłów. Jak się z tego zadania wywiązuje?

Na pierwszy rzut ogień poszło wydawnictwo dosyć szczególne, jubileuszowa historia z The Amazing Spider-man, napisana z okazji wypuszczenia 500 numeru. W albumie znalazła się także poprawiona cyfrowa wersja Amazing Fantasy 15, gdzie Spidey zaliczył debiut oraz „Amazing Spier-man Annual 1”. To ostatnie to prosta, bezpretensjonalna naparzanka pokazująca, jak zawiązała się drużyna łotrów Sinister Six. Popełnia wszystkie możliwe grzeszki komiksów z tamtych czasów – jest kiczowaty, schematyczny i pozbawiony sensu – zachowując jednocześnie ich urok, dystans i specyficzny humor. Dlatego jeśli radosny camp jest Wam bliski, odnajdziecie się bez problemu. W innym wypadku możecie sobie ten Annual darować.

A danie główne czyli komiksy Straczynskiego?

Zawiedzeni będą ci, którzy spodziewali się przełomu, nowego złoczyńcy czy czegoś podobnego – np. w 400 numerze zginęła ciocia May, uprzednio błogosławiąc Petera i Spider-mana, gdyż o tym wiedziała (potem okazało się, że to był sobowtór, a prawdziwa May ma się dobrze, ale… to były mroczne czasy, lata 90′, nie szukajmy tam logiki ani podobnych fanaberii). Z kolei w 300 pojawił się jeden z najpopularniejszych łotrów z galerii Spider-mana – Venom. Tym razem postawiono na solidne rzemiosło i opowieść, która po prostu rozwija osobowość głównego bohatera, jednocześnie podsumowując całą jego dotychczasową walkę.

Peter kontynuuje krucjatę Spider-mana, jednocześnie próbuje to pogodzić z pracą nauczyciela. Wrócił do ukochanej, Mary Jane. Pewnego razu, wściekły z powodu porażki dydaktycznej i podłego żartu pani z administracji (wczesne stadium Pani z Dziekanatu), wpada w czułe objęcia żony. Upojne chwilę przerywa zadyma w centrum miasta. Spider-man włącza się do wielkie bitwy między każdym możliwym bohaterem a stadem bezrozumnych potworów. W wyniku komplikacji zostaje wraz z Doktorem Strange’m zakleszczony w szczelinie miedzy przeszłością i przyszłością. By wrócić do swoich czasów, musi skonfrontować się z tym, co go czeka – oraz jeszcze raz przetrwać wszystkie najczarniejsze chwile życia…

Jest dramatycznie i przejmująco. Straczynski i Romita dołożyli starań, byśmy poczuli wysiłek i cierpienie Petera na własnej skórze, by jego rany i wyczerpanie było jak nasze. Przez scenariusz przebija ciekawa, słodko-gorzka teza, że Spider-man nie musi wiecznie wygrywać, by być prawdziwym bohaterem, że na każdego przychodzi czas – i to, jak przyjmiemy ten moment mówi o nas więcej niż zwycięstwo czy porażka. Twórca Babylon V rozumiał bowiem doskonale, że dla super-bohaterów dużo ważniejszy niż kolejne gadżety i zmiany stroju jest rozwój emocjonalny.

Na deser dostajemy jeszcze jedno-zeszytowe historyjki dziejące się po 500 numerze. To takie małe perełki, jeśli chodzi o prowadzenie fabuły. Bawią się perspektywą postaci i przede wszystkim rozbudowują tło obyczajowe, ani na chwilę nie zwalniając tempa akcji. Straczynski świetnie przeplata życie codzienne Petera i jego bliskich z walkami Spider-mana, pokazując, że jedno bez drugiego nie ma sensu.
Do tego John Romita Jr. był wtedy w szczytowej formie i tworzył dynamiczne, charakterne kadry, wypełnione szczegółami. Żywe i spektakularne, dobrze współgrały

„Spider-man” to świetne otwarcie kolekcji. Został ładnie wydany – w twardej oprawie, ze sporą ilością dodatków (galeria okładek, mnóstwo ciekawostek) – i to w śmiesznej cenie, 15 złotych za porządny, gruby album. W chwili, kiedy czytacie te słowa, w kioskach można dostać drugi numer z Wolverinem na pokładzie, droższy, ale nie mniej atrakcyjny. Myślę, że warto zainwestować w przynajmniej niektóre pozycje z nowej kolekcji – z otwierającym serię „Spider-manem” na czele.

Kategorie
komiks
Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który potrafi płynnie przejść od słodkiego lenistwa do nadaktywności – i z powrotem. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, rozmaitych hobby, a czasem nawet w otchłań studiów. Publikował, w „Science Fiction Fantasy i Horror”, „LiteRacjach” oraz w portalach internetowych – GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy.

Komentarz
  • Konrad Papuga
    27 stycznia 2017 at 11:39
    Skomentuj

    Jeśli chodzi o tłumaczenie to chyba najgorszy debiut z możliwych – komiks tłumaczy Pan Jakub „qba” – jest bardzo źle.

  • Dodaj komentarz