Egmont
komiks

Strażnicy [recenzja]

Egmont

Gdy nie tak dawno temu świat miłośników komiksów zelektryzowała informacja, że DC Comics zamierza stworzyć serię opowiadającą o wcześniejszych losach najważniejszych bohaterów słynnej powieści graficznej „Strażnicy” Alana Moore’a i Dave’a Gibbonsa, niemal wszyscy zainteresowani zgodnie stwierdzili, że to się nie może udać.

Czas pokazał, że przeczucie rzeczywiście ich nie myliło, choć jeśli przyjrzeć się bliżej dwóm pierwszym częściom cyklu „Strażnicy – Początek”, czyli tej poświęconej Gwardzistom i tej, która opisuje pierwsze kroki Jedwabnej Zjawy, to trzeba przyznać, że wstydu nie przynoszą. To przyzwoite komiksy, utrzymane na dobrym, profesjonalnym poziomie, do którego przyzwyczaili nas twórcy związani z wielkimi, amerykańskimi korporacjami wydawniczymi.

Historia Gwardzistów, czyli grupy samozwańczych, zamaskowanych bohaterów, którzy nie posiadali jakichś niezwykłych mocy, ale przebierali się w dziwaczne kostiumy i starali się zwalczać przestępczość w latach 40. dwudziestego wieku, ma dobrze poprowadzoną fabułę, w której nie brakuje dramaturgii, charakterystycznej dla „Strażników” Moore’a dwuznaczności moralnej i ciekawych zwrotów akcji. Cook całkiem umiejętnie połączył tropy pozostawione przez Moore’a w jedną spójną i dość satysfakcjonującą opowieść. Podobnie jest w przypadku „Jedwabnej Zjawy”, której akcja toczy się w latach 60. dwudziestego wieku i która stylem graficznym pięknie nawiązuje do sztuki pin-up. Do tego zawiera ona również smakowity, psychodeliczny epizod, graficznie odzwierciedlający trip po LSD (to zresztą tylko jeden z wielu smaczków integralnie powiązanych z epoką, w której toczy się akcja komiksu). Dojrzewanie Laurel Jane Jupiter do roli Jedwabnej Zjawy nie jest ukazane w jakiś szczególnie głęboki i przekonujący sposób, ale trudno odmówić komiksowi sprawności, przemyślanego stylu i pomysłowości. W sumie zarówno „Gwardziści”, jak i „Jedwabna Zjawa” wydają się całkiem niezłymi komiksami, lecz jest tak tylko do momentu, gdy porównamy je ze „Strażnikami” Moore’a.

Żeby w pełni doświadczyć różnicy między tymi komiksami należy przeprowadzić prosty czytelniczy eksperyment. Oczywiście będzie on najskuteczniejszy w przypadku tych, którzy jeszcze nigdy nie mieli w rękach „Strażników” Moore’a, albo tych, którzy czytali go dawno temu. Ja przeczytałem go, gdy ukazało się pierwsze, trzyczęściowe, polskie wydanie, czyli mniej więcej dziesięć lat temu. Dlatego też w pierwszej kolejności sięgnąłem po „Strażników – Początek”, a potem po dzieło Moore’a i Gibbonsa. Radzę zrobić to samo. Bo ja już po pierwszych trzech rozdziałach przypomniałem sobie, dlaczego powszechnie uważa się, że jest to najwybitniejsza powieść graficzna wszechczasów.

Akcja tej niezwykłej opowieści toczy się w alternatywnym świcie, w którym nie tylko historia potoczyła się inaczej, niż w naszym świecie, ale także technika rozwinęła się w odmienny sposób. Mamy lata 80. Amerykanie wygrali wojnę w Wietnamie, Richard Nixon wciąż rządzi, a do przemieszczania się i transportu wszelkiego rodzaju towarów ludzie powszechnie używają tanich i prostych pojazdów elektrycznych oraz sterowców. A wszystko to stało się możliwe dzięki temu, że w Ameryce pojawił się ktoś w rodzaju prawdziwego superbohatera, czyli Dr Manhattan. To naukowiec, który za sprawą wypadku stał się kimś więcej niż człowiek, ale także czymś innym niż człowiek. Tego dowiemy się jednak później, ponieważ cała historia zaczyna się niepozornie, niczym osobliwy kryminał. Na początku ktoś włamuje się do mieszkania emerytowanego, zamaskowanego bohatera, Komedianta, i brutalnie go zabija. Śledztwo w tej sprawie prowadzi policja oraz Rorschach, inny zamaskowany bohater, który niegdyś działał razem z Komediantem w grupie tak zwanych Strażników. Rorschach ma teorię, że ktoś poluje na herosów w maskach i idzie tym tropem, ale dochodzenie szybko się komplikuje i nabiera niepokojącego rozmachu. Powoli wychodzą na jaw szczegóły tak szeroko zakrojonego spisku, że może on wpłynąć na losy świata. Czy ktokolwiek zdoła dotrzeć do jego źródła i powstrzymać realizację złowrogich planów?

Wraz z rozwojem fabuły zaczyna ona obrastać kolejnymi zazębiającymi się elementami, które zagęszczają komiksową narrację i co rusz dodają do niej nowe warstwy znaczeń. Są tu fragmenty różnych książek, bezpośrednio związanych z postaciami i wydarzeniami ukazanymi w komiksie, jest pulpowy komiks, opowiadający o pewnym oszalałym marynarzu, którego statek został zniszczony przez piratów, są policyjne akta, artykuły z gazet, wywiady i listy. Wszystko to zostało mistrzowsko połączone z opowieściami o poszczególnych bohaterach, wyczynach Dr Manhattana i konsekwencjach jego działań. Rozdziały płynnie przechodzą w paradokumentalne dodatki, a piracka opowieść i błyskotliwa, często wieloplanowo prowadzona narracja, wyciąga ze świetnych dialogów drugie i trzecie dno. Całość przypomina więc fabularny odpowiednik niesamowicie skomplikowanego szwajcarskiego zegarka, w którym każdy trybik jest na swoim miejscu i wszystkie wbudowane w niego mechanizmy opowiadania historii działają z wręcz nadprzyrodzoną skutecznością.

„Strażnicy” to onieśmielająco złożone arcydzieło komiksu – opowiadające wielowątkową i nad wyraz fatalistyczną historię o tym, jak różne rodzaje władzy deprawują ludzi – i jako takie właściwie wyczerpuje temat zamaskowanych bohaterów i superbohaterów wpływających na losy świata. Ani przed pojawieniem się „Strażników”, ani po, w komiksie superbohaterskim nie pojawiło się nic, co miałoby podobną głębię i podobny ciężar gatunkowy. Nawet całkiem przyzwoite komiksy z cyklu „Strażnicy – Początek”, mimo że solidnie zakotwiczone w pierwowzorze, dobitnie pokazują, że póki co doskoczenie do poziomu dzieła Moore’a i Gibbonsa graniczy z niemożliwością.

Strażnicy. Scenariusz: Alan Moore. Rysunki: Dave Gibbons. Egmont 2013. Ocena: 100%

Kategorie
komiks

Dodaj komentarz

REKLAMA
Instagram
  • Lektura jeszcze przed nami, ale jak ślicznie to wygląda. A i sama fabuła zapowiada się pysznie. Koniecznie sprawdźcie.

#komiks #czytam #czytambolubie #comics #comicbook #instacomics #instaread #comicstagram #comicsaddict #fanboy #ilovereading #comicnerd #design #favele #Mandioca
  • Grudzień to miesiąc sprawiania sobie i innym małych przyjemności. "Armstrong"  jest właśnie jedną z nich. Cudna książeczka dla małych i dużych.

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagrampl #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #dladzieci #kosmos #wydawnictwoWilga
  • Niech Was nie zawiedzie ta słodycz. To prawdziwy, soczysty thriller. Tak, chodzi o książkę. 😊

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #bookstagrampl #zaczytanegiry