Egmont
komiks

Star Wars Legendy: Karmazynowe Imperium – jest w nim potencjał [recenzja]

Och, rety… ale ten komiks jest brzydki. Pierwszy rzut oka na rysunki Paula Gulacy’ego porządnie mogą odstraszyć. Cała nadzieja na porządną rozrywkę zostaje więc ulokowana w fabule Richardsona i Stradley’a. Ale i ona [nadzieja] w końcu umiera.

Z perspektywy fana “Gwiezdnych Wojen”, “Karmazynowe Imperium” to bardzo ważny komiks dla starego kanonu. Raz, że rozgrywał się po wydarzeniach z “Powrotu Jedi”, epoce, która wówczas najbardziej pobudzała wyobraźnię, a niekoniecznie była mocno eksplorowana, dwa, poszerzał wiedzę o straży przybocznej Palpatine’a i trzy, wprowadził ogrom zupełnie nowych, chwilami nawet interesujących, postaci. Przy tym oferował w miarę zwartą i pełną akcji fabułę. Problem w tym, że po prawie dwóch dekadach od debiutu, album stracił swój blask.

Największym plusem tej opowieści są postacie Kira Kanosa i Cornora Jaxa – dwóch przyjaciół, którym udało się przeżyć morderczy trening i wstąpić do elitarnej jednostki chroniącej Imperatora. Poznajemy ich w chwili gdy są najzacieklejszymi wrogami i próbują się wzajemnie wykończyć, przy czym ten pierwszy jest zbiegiem, a drugi przejął imperialny fotel. Relacja między nimi i historia stojąca za tym stanem rzeczy są nawet ciekawe, choć podane w toporny sposób. Zwrotów akcji jest naprawdę sporo, ale tak po prawdzie, żaden z nich nie jest w stanie zaskoczyć. Scenarzyści wypróbowują sprawdzone reguły i idą utartymi ścieżkami od punktu A do punktu B. Chwilami można się wciągnąć, dać się ponieść dynamicznym pojedynkom, ale całość jest kompletnie wyprana z emocji. Toteż po zakończeniu lektury historia błyskawicznie wyparowuje z głowy.

O ile jednak wysiłki scenarzystów da się przełknąć, o tyle rysunki Gulacy’ego już nie. Czasem bywa tak, że nawet jak grafika jest brzydka, da się do niej przyzwyczaić, a tutaj niestety nie ma takiej opcji. Twory artysty na zmianę budzą politowanie i rozbawienie. Design szturmowców i pojazdów jest niechlujny, autor ma wyraźne problemy z kompozycją plansz i uchwyceniem perspektywy, postacie są nieforemne i kanciaste. Ten brak wprawy, czy też może niewyrobiony styl, zabija całą dramaturgię opowieści i wręcz od niej odpycha.

Gdyby nie rysunki Gulacy’ego, być może “Karmazynowe Imperium” czytałoby się znacznie lepiej. Jest w nim potencjał, jest kilka fajnych pomysłów na rozszerzenie uniwersum i przynajmniej jeden interesujący bohater. Może kolejne części wskoczą o poziom wyżej.

Kategorie
komiks
Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Dodaj komentarz