Hachette
komiks

Oblężenie [recenzja]

Od wielu lat komiksowe historie Marvela usłane są wielkimi wydarzeniami, rozpisanymi na wiele zeszytów. Dotarły nawet do nas, by polski czytelnik miał jako takie rozeznanie: „Wojna Domowa”, „Tajna Inwazja”, „Tajne Wojny”, „Wielka Wojna Hulka”. Przed nami kolejna epicka demolka od Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela, zwieńcze wszystkich poprzednich.

Norman Osborn nie-do-końca-ex-Green-Goblin siedzi sobie obecnie na jednym z najwyższych stołków w Stanach i rządzi jego obronnością. Zastąpił S.H.I.E.L.D. agencją H.A.M.M.E.R. Wyjęci spod prawa Avengersi zeszli do podziemia, a ich miejsce zajęli Thunderboltsi, by w końcu przyjąć nazwę tych pierwszych. Jako, że poczciwy Normie powoli ulega podszeptom własnego szaleństwa i namowom Lokiego – postanawia uderzyć na Asgard, który lewituje sobie w najlepsze nad Oklahomą. Na szczęście w cieniu czekają bohaterowie, choć zdziesiątkowani po „Wojnie Domowej” i „Tajnej Inwazji”, to wciąż gotowi stawić czoła nadchodzącym wydarzeniom. Tak wygląda zalążek konfliktu, który wiedzie do…

Zaraz, zaraz. Jaki H.A.M.M.E.R.? Asgard z własną skrzynką pocztową? Green Goblin, ten sam, który odebrał ukochaną Spider-Manowi, państwowym urzędnikiem? Tu pojawia się główny problem „Oblężenia” – by w pełni docenić siłę albumu, należy ogarnąć co większe wydarzenia z uniwersum Marvela, które wydano między 2006 a 2010 rokiem (część wymieniłem we wstępie, ale do tego dochodzi jeszcze np. „Thor” Straczynskiego i „Dark Reign”). Dla fana to żaden problem, ale dla kogoś mniej obeznanego, to dziesiątki, jeśli nie setki zeszytów do nadgonienia. Także na dwoje babka wróżyła – dla kogoś, kto nadąża, będzie to porządna, epicka konkluzja wydarzeń, na którą zbierało się od lat. Czas wytchnienia po mrocznych czasach zapoczątkowanych przez „Wojnę Domową”. I jako zwieńczenie tych wydarzeń – „Oblężenie” sprawdza się naprawdę dobrze. Dostajemy sporo ciekawych walk, kilka dramatycznych momentów (które niestety, ponownie docenią głównie będący na bieżąco) i najpiękniejszą scenę z okrzykiem „Avengers Assemble!” od lat. To się Bendisowi udało.

Niestety, potencjał niektórych konfliktów został zmarnowany. Aż prosiło się o starcie 1:1 Spider-Mana z Osbornem. Ci dwaj są trochę jak Batman i Joker, wieczni przeciwnicy na śmierć i życie, na przemian zadający sobie poważne rany. Ich walki przybierają dużo bardziej emocjonalny wymiar niż z jakimkolwiek innym przeciwnikiem Pająka. Tymczasem Parker dostaje jakieś ochłapy. Są też i inne, mniejsze niedoróbki, np. – odkręcenie wszystkich obostrzeń i zmian w status quo przychodzi zbyt łatwo, a w objawieniu ostatecznego zła wyczuwam jakiś niedobór dramatyzmu, mimo naprawdę widowiskowych rysunków Olivera Coipela.

Niemniej, Bendis to stary fachura, doświadczony scenarzysta. Czyta się więc całe „Oblężenie” przyjemnie, z zainteresowaniem. Szkoda tylko, że przedstawiona w tym tomie historia przyczyniła się do odejścia z Marvela jednego z najlepszych scenarzystów, jakich to wydawnictwo kiedykolwiek miało – J. Michaela Straczynskiego. Przekreśla rozwiązania, jakie twórca „Babylon V” wprowadził do Thora. A że nie była to pierwsza tego typu zagrywka ze strony Domu Pomysłów pod adresem Straczynskiego…

Sam album to jednak przyzwoita pozycja, którą warto mieć na półce, zwłaszcza jeśli z przejęciem czytaliście poprzednie tomy dostarczone przez „Wielką Kolekcję Komiksów Marvela”.

Kategorie
komiks
Hubert Sosnowski

Miłośnik popkultury pod każdą postacią – literacką, muzyczną, filmową, komiksową, grową, serialową. Publikował w „Science Fiction Fantasy i Horror”, „LiteRacjach”, „Playboyu” oraz w portalach internetowych – GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy. Człowiek sympatyczny, acz nękają go napady wyjątkowo czarnego humoru.

Dodaj komentarz