komiks

Mroczna wieża – rewolwerowiec #5 Człowiek w czerni – zjazd do światów równoległych [recenzja]

Premiera filmowej adaptacji „Mrocznej wieży” powoli nadciąga, to dobry moment, by nadrobić zaległości czytelnicze, jeśli nie w książkach, to chociaż w komiksach, szczególnie, że właśnie doczekaliśmy się dziesiątego tomu tej serii.

Wydawnictwo Albatros początkowo zaplanowało tylko wydanie pierwszych ośmiu wydań zawierających wszystkie zeszyty składające się na wydarzenia, które rozegrały się przed historią opisaną w cyklu powieściowym. Jedynym wyjątkiem była „Bitwa o Tull”, opisująca najbardziej przejmujący początek „Rolanda”, pierwszego tomu cyklu. Wraz z publikacją „Przydrożnego zajazdu” polscy czytelnicy zyskali nadzieję, że być może uda im się zebrać pozostałe pięć części komiksowej wersji przygód rewolwerowca. Wydany właśnie „Człowiek w czerni” uzmysławia, że nadzieje nie były płonne, pytanie tylko – czy warto było czekać?

Znów zachodzi zmiana na stanowisku rysownika – tym razem do Richarda Isanove’a, który zajmuje się kolorami od początku serii, dołączył bułgarski twórca – Alex Maleev, znany z współpracy przy seriach „Daradevil”, „Star Wars: Lando” czy „Halo: Uprising”. Wciąż trudno doścignąć wzorzec, jaki wyznaczył komiksowej adaptacji Jae Lee, trzeba też przyznać, że znów trzeba przyzwyczaić się do nowych twarzy głównych bohaterów. Niemniej realistyczna, mroczna kreska nadaje opowieści odpowiedni ton, co ma szczególne znaczenie właśnie w tej odsłonie.

[quote align=’right’] Wszystko jest tu zgodnie z duchem powieści, w której przenikały się na różnych płaszczyznach inne utwory Kinga. I choć nie da się ukryć, że album może sprawić wrażenie nieco przegadanego zapychacza serii, trudno odmówić mu uroku i klimatu.

Tym razem bowiem twórcy dotarli do miejsca, gdzie już nie było miejsca na niedopowiedzenia, oto historia, którą znają wszyscy czytelnicy cyklu od początku do samego, dramatycznego końca. Roland wreszcie szykuje się do starcia z mężczyzną w czerni, człowiekiem, który jest odpowiedzialny za śmierć wszystkich ukochanych bohatera. Ten zaś uświadamia sobie, że jest gotów zrobić wszystko by pokonać przeciwnika, nawet poświęcić bezgranicznie ufającego mu Jake’a Chambersa, chłopca z nieznanego rewolwerowcowi miejsca. Jeśli więc już wszyscy czytelnicy Mrocznej wieży uśmiechają się ze smutkiem, bo wiedzą, jak to się wszystko potoczy, muszą szybko zrewidować swoje poglądy. Robin Furth planująca fabułę do poszczególnych części skorzystała z faktu, że opowieści z cyklu rozgrywają się często w światach równoległych i tak też potraktowała fabułę omawianego tomu. Choć postacie, intryga i zakończenie jest takie samo jak w książce, to zupełnie inne wydarzenia prowadzą do finałowej konfrontacji, jeszcze większy nacisk scenarzysta Peter David położył na uwypuklenie relacji niemal rodzicielskich relacji pomiędzy Rolandem a Jake’m. Przy okazji znalazły się też mrugnięcia okiem do prawdziwych kingofilów, między innymi nawiązania do „Bastionu”, „Cmentarnej Szychty” czy „Talizmanu”. Wszystko więc zgodnie z duchem powieści, w której przenikały się na różnych płaszczyznach inne utwory Kinga. I choć nie da się ukryć, że album może sprawić wrażenie nieco przegadanego zapychacza serii, trudno odmówić mu uroku i klimatu. Pozostaje czekać, co przyniosą trzy ostatnie odsłony.

Kategorie
komiks
Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, muzyk, redaktor, publicysta. Autor i współautor ponad dziesięciu zbiorów opowiadań m.in. „Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite” (2009), „Lek na lęk” (2011), cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (2013), „Pradawne zło” (2014), „Horror klasy B” (2015), „Królestwo gore” (2017) oraz powieści „Miasteczko” (2015), „Zombie.pl” (2016), cykl „Nienasycony” (2017). Muzyk zespołów Acrybia, Damage Case i Wilcy. Pisał i recenzował w sieci i prasie. Szczęśliwy mąż, ojciec trójki dzieci.

Komentarz
  • Stanisław Wojenny
    29 stycznia 2017 at 12:23
    Skomentuj

    Dobra robota Ragnar

  • Dodaj komentarz