Hachette
komiks

Kraina Cieni – Daredevil po Ciemnej Stronie Mocy [recenzja]

Marvel posiada w swej stajni kilku chłopców do bicia, których czołga częściej niż innych. Spider-Man czy Moon Knight mogą spokojnie stać na podium. Jest jednak bohater, który bije ich na głowę w konkursie na udręczoną duszę. To Daredevil. Przyjął od życia tyle ciosów, że w końcu musiał się stoczyć. O jego upadku opowiada właśnie „Kraina Cieni”.

Matt Murdock zawiódł. Podczas poprzedniej konfrontacji z odwiecznym wrogiem, Bullseyem, dopuścił do śmierci ponad stu osób. Oczywiście, psychopata został pokonany i odesłany do aresztu. Starcie pozostawiło jednak okropne rany na psychice Daredevila. Bohater postanowił zapobiec takim sytuacjom w przyszłości. Objął dowodzenie nad Dłonią, klanem ninja. Siedzibę samozwańczych obrońców ulokował na zniszczonym bloku w samym sercu Hell’s Kitchen. Pierwszym przeciwnikiem, któremu stawił czoła był nie kto inny, a zbiegły z konwoju Bullseye. Tym razem Daredevil nie miał oporów przed zabiciem psychopaty.

Tak zaczyna się początek końca. Śmiałek wraz ze swoimi podwładnymi schodzi na złą drogę. Do akcji muszą wkroczyć bohaterowie, z którymi Murdock walczył dotąd ramię w ramię…

Czujecie siłę tego pomysłu? Widzicie to? Śmiałek, który zawsze balansował na granicy moralności – wreszcie przekroczył cienką linię dzielącą go od złoczyńców. Przecież to idealna okazja do przedstawienia porywającej i dramatycznej historii o upadku bohatera. Opowieść aż prosiła się o epickie sceny akcji, przeplatane wewnętrznymi dylematami Murdocka oraz dawnych towarzyszy broni.

[quote align=’right’]”Kraina Cieni” to scenariusz napisany na pół gwizdka, gdzie bohaterowie wpadają jak na studencką imprezę, zadają po parę ciosów, rzucą dwa one-linery i idą na następną balangę.

Niestety – zamiast pogłębionej psychologii dostajemy łopatologię. Mroczna historia na poziomie ulicy zmienia się w kolejną ledwie przyzwoitą naparzankę ubraną w kostium ninja-ustawki z kina klasy C. Daredevil z upadłego bohatera szybko przeistacza sie w bossa do pokonania. Patenty, które mogły uczynić „Krainę Cieni” czymś niesamowitym zamknięto w paru kadrach, przebitkach między kolejnymi rozpierduchami. Co gorsza, kompletnie zmarnowano potencjał bohaterów, którzy biorą udział w starciu z Daredevilem. Może jeden Spider-Man powalczył z nim jak mężczyzna, a Ghost Rider dostał spektakularne bęcki. Kompletnie olano Moon Knighta, który wyłaził z prawie każdej okładki. Ot, przebiegł się po paru stronach komiksu, zaznaczył, że jest, istnieje – i sobie poszedł. Bez sensu i celu. „Kraina Cieni” to scenariusz napisany na pół gwizdka, gdzie bohaterowie wpadają jak na studencką imprezę, zadają po parę ciosów, rzucą dwa one-linery i idą na następną balangę, bo przecież nadchodzi kolejne Wielkie Wydarzenie Marvela.

Sytuację ratuje gorzka puenta, kilka mocnych scen w końcówce i porządne rysunki Billa Tana, które nadają historii nastrój mrocznego widowiska. Nowy, czarny strój Daredevila powinien stać się jego standardowym wdziankiem. Grafik całkiem nieźle oddał też atmosferę Hell’s Kitchen – kiedy scenariusz mu na to pozwalał i nie wpychał na tory radosnego ninja-kiczu.

Ta historia mogła być wielka. Poruszająca, mocna. W wielu kadrach widać ogromny potencjał Tymczasem okazała się letnią zapchajdziurą, kolejnym „przełomowym” wydarzeniem Marvela. Szkoda.

Kategorie
komiks
Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który potrafi płynnie przejść od słodkiego lenistwa do nadaktywności - i z powrotem. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, rozmaitych hobby, a czasem nawet w otchłań studiów. Publikował, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych - GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz