komiks

Komiksowy maraton czyli czytamy hurtowo #25 (Egmont)

Dzisiejszy komiksowy maraton sponsorują sami wyjątkowi bohaterowie – tacy, których bardzo dobrze znamy i tacy, których znamy trochę mniej.

Najciekawsze w tym bohaterskim zestawie jest to, że ci mniej znani dostarczają nam lepszej rozrywki. Czyli co – przy tych wielkich to po prostu efekt przesytu? Może wszystkie historie o Batmanie i Sherlocku Holmesie zostały już opowiedziane i nie da się wykrzesać z tych postaci niczego nowego? W zasadzie to nie, bo w obu komiksach o tych bohaterach twórcy starają się opowiedzieć coś świeżego, a fakt, że w dwóch pozostałych opowiadanie historii wyszło lepiej, to już inna sprawa. W każdym razie, wszystkie cztery tytuły są warte naszego czasu – tyle że jedne pozostawią lepsze wrażenie od drugich.

Batman #9: Bloom. Scenariusz: Scott Snyder. Rysunki: Greg Capullo. Egmont 2017

Dziewiąty już album głównego runu Batmana jest swojego rodzaju podsumowaniem długaśnej, mającej lepsze i gorsze momenty wizji tegoż bohatera w wykonaniu Scotta Snydera. Cóż – nazwisko te stało się dla przygód Gacka w ostatnich latach swoistym wyznacznikiem stylu (Scott plus Zack) i raczej nie możemy się spodziewać w komiksach i filmach wielu heheszków, a raczej z niemal śmiertelną powagą rozwijanej mitologii. W filmie wyszło jak wyszło, natomiast w komiksach, mimo że ich scenariuszom można wiele zarzucić, to jednak czuć w nich twórczą ambicję, która przełożyła się na powstanie  wielowymiarowej i niejako podsumowującej funkcjonowanie mitu Batmana historii.

W poprzednim albumie („Waga superciężka”) mieliśmy kilka mocnych uderzeń. Odmieniony fizycznie James Gordon zastąpił Batmana, który po ostatecznym, traumatycznym starciu z Jokerem stracił pamięć  i właśnie korzysta aktywnie z życia w roli Bruce’a Wayne’a. W Gotham pojawił się również nowy złoczyńca – Bloom.  Snyderowi i Capullo udało się w jego osobie stworzyć prawdziwie nieludzkiego (także fizycznie – może dlatego też tak mocno denerwującego) przeciwnika, którego dalszą historię mamy okazję śledzić w niniejszym albumie.

Scenarzysta starał się jak mógł, by starciu Blooma z Gotham nadać epickiego rozmiaru. I nie chodzi jedynie o rozmiar rozpierduchy, ale także duchowy wymiar historii. Fajny jest pomysł z psychodelicznym wymiarem tegoż starcia, bo Bloom to postać jak ze złego snu. Taka zapewne musiała być, by wybudzić Batmana z psychicznej śpiączki.  Dodatkowo opowieść opakowana jest w typowe dla Snydera technikalia, czasami ciut już męczące. To wszystko składa się na szczytną ideę podsumowania i podkreślenia funkcjonowania w tych opowieściach Batmanowego mitu, z próbą płynnego przejścia w jego uniwersalny, popkulturowy wymiar.

Niestety Snyder nie ma finezji Alana Moore’a i pewne jego zabiegi są toporne. Choć czasem ma przebłyski geniuszu i to dla nich warto przegryźć się przez cały run. W „Bloomie” będzie to rozmowa Bruce’a Wayne’a z pewnym niepokojącym znajomym-nieznajomym, wraz z  sugestią, że pewne sprawy się nie kończą, podpartą na dodatek  wiarą, że być może  za czystym szaleństwem kryje się jednak iskierka człowieczeństwa. Nic w tej klimatycznej scenie nie jest powiedziane wprost – interpretować można i trzeba samemu. Po prostu – Snyder kiedy nie jest fabularnie nachalny, jego twórczość nabiera smaku. Oby więcej takich momentów.

Czarna Wdowa: Powrót do domu. Scenariusz: Richard Morgan. Rysunki: Bill Sienkiewicz i Sean Phillips. Egmont 2017

Moskwa, bardzo atrakcyjna kobitka w lateksowym (spandeksowym?) kombinezonie z mega karabinem w rękach, wyżej grafika z celownikiem, a na nim pajączek (pani pająkowa raczej). Okładka „Czarnej Wdowy”- powiedzmy sobie szczerze – budzi emocje wprost odwrotnie proporcjonalne do tego, co oferuje nam komiks o tejże bohaterce. Po okładce bowiem spodziewamy się raczej bezpretensjonalnej, podszytej erotyzmem rozrywki, w której wylaszczona superbohaterka będzie hurtowo kosić złowrogich, w amerykańskim stylu przerysowanych, rosyjskich gangsterów. I w pewnym sensie to dostajemy, ale ton tej historii jest diametralnie inny, niż sugeruje opisana wyżej grafika.

Ów ton,  mroczny i miejscami dołujący dostajemy (w ramach imprintu Marvel Knights) dzięki bardzo ciekawemu zestawowi twórców. Jest Bill Sienkiewicz i jest Sean Phillips – nietuzinkowi przecież graficy, którzy nadają tej historii ów posępny rys ( kolorystycznie też nie ma tu miejsca na typowe dla superbohaterszczyzny barwy). Również sama bohaterka – Natalia  „Natasza” Alianowna Romanowa, która od jakiegoś czasu kojarzy nam się z atrakcyjną fizys Scarlett Johanson, częściej jest  wściekła, smutna i zmęczona życiem niż sugeruje atrakcyjne dziewczę z okładki.

Zresztą powiedzmy sobie prawdę, mimo że to Marvel, „Czarna Wdowa” to nie żaden supebohaterski album, tylko rasowy, szpiegowski thriller, w którym jeśli już pojawi się rozpoznawalny superbohater (Daredevil), to od razu widać ja na dłoni, jak bardzo nie pasuje on do tej opowieści. Co więcej, sam miotający się tu bezsensownie, pogubiony w zawiłościach intrygi  Matt Murdock zaczyna czuć, że coś jest z tym jego gościnnym występem nie tak. Czuć tu rękę scenarzysty, świadomie odcinającego tę historię od typowej sieczki superhero.

Któż to posiada tak rozwiniętą, twórczą świadomość? Ano ten autor, dzięki któremu zdecydowałem się sięgnąć po ów album, autor, który stanowił gwarancję dobrej historii. Rezultaty bywają różne, kiedy zawodowy pisarz dostaje propozycję napisania komiksowej historii, w przypadku Richarda Morgana na szczęście wszystko zagrało jak trzeba. To pisarz znany głównie ze znakomitego cyklu science-fiction o Takeshi Kovacsu, rozpoczętym od „Modyfikowanego węgla”, która to powieść była rasowym, futurystycznym kryminałem noir.

I właśnie – w „Czarnej Wdowie” mamy mnóstwo stylu noir. Co więcej, Morgan wprowadza do opowieści o Nataszy Romanowej, a w zasadzie do jej genezy nowe, zaskakujące elementy, które ciekawie i przewrotnie umotywowują bądź wyjaśniają koleje jej życia, w tym przejście na stronę Ameryki. Wszystko jest tu moralnie dwuznaczne, wszystko oprócz bohaterki, która obok tego, że jest znakomitą  zawodową zabójczynią na emeryturze, zachowała w tym podłym świecie odrobinę człowieczeństwa. Ta iskierka (czy raczej kropla okazująca się całym morzem) człowieczeństwa robi właśnie różnicę – tak było w przypadku uważanego powszechnie za potwora w ludzkiej skórze, zaprogramowanego na zabijanie Takeshi Kovacsa, tak było w przypadku pokrewnego mu Wiedźmina, tak jest również w przypadku Czarnej Wdowy, która na dodatek jest kobietą – i to też robi różnicę. Co z tego miksu wyszło?  Po prostu bardzo dobry album.

Gnat. Scenariusz i rysunki: Jeff Smith. Egmont 2017

„Gnat”, czyli w oryginale „Bone”, od wielu lat na polskim rynku był swojego rodzaju mitycznym, komiksowym Graalem. Wiadomo było, że to jeden z ulubionych komiksów Tomasza Kołodziejczaka, szefa egmontowego Świata Komiksu. Wiadomym też było, że z wydaniem tej historii po polsku są problemy – bo licencja, bo cena, bo w zasadzie nie wiadomo, czy to bardziej komiks dla dorosłego, czy dla młodego czytelnika.  To, że komiks Jeffa Smitha – na razie w jednej trzeciej – mamy wreszcie po polsku, stanowi dowód na stabilizację rynku i potwierdzenie, że w końcu wszystko może się na nim zdarzyć.

Być może te ostatnie słowa z poprzedniego akapitu pasowałyby na motto dla „Gnata”. Dotyczą  choćby tytułowego bohatera i jego dwóch kompanów o diametralnie odmiennym usposobieniu. W ogóle ów pomysł, by bohaterem epickiej historii uczynić postać właściwie do nikogo niepodobną, sympatycznego stworka bez żadnej, wizualnej cechy charakterystycznej, oprócz tego, że jest cały biały (jak kość albo tabula rasa) – trochę to ryzykowne, nieprawdaż?

 Na dodatek, Gnat (podobnie jak Frodo – zresztą to z „Władcą Pierścieni” porównuje się często komiks Jeffa Smitha) to bohater na wskroś pozytywny, jakby trochę niedzisiejszy na nasze, współczesne czasy.  A jednak – to się sprawdza. Z wielu względów, a przede wszystko ze względu na tzw. background. Te tło – to po pierwsze pozostali bohaterowie, czyli Kant i Chichot, którzy nadają historii niesamowitej dynamiki. Jest jeszcze piękna Zadra i jej enigmatyczna, pełna zaskakujących właściwości babcia – ich skrywane tajemnice wyjdą na jaw wraz z końcem albumu.

 Po drugie jest też sama historia, z fabułą łączącą klimaty z przywołanego powyżej „Władcy Pierścieni” z disneyowskimi „Kaczymi opowieściami”.  Jest znakomicie pomyślany jej punkt wyjściowy – nie misja, tylko tułaczka bohaterów wygnanych z Gnatowa. W pierwszym albumie, który z początku zapowiada się na opowieść drogi, wcale ów motyw wędrówki nie dominuje. Osamotniony po dramatycznych przejściach bohater zatrzymuje się w Dolinie – a my poznajemy stopniowo ów świat kreślony czasami w brawurowym, czasem w niespiesznym stylu, poznajemy jego uroki i niebezpieczeństwa, zdając sobie sprawę, że już niebawem zatrzęsie się on w posadach. Pytanie, czy po bardziej humorystycznych niż posępnych w tonie przypadkach Gnata i spółki czeka nas w przyszłości więcej dramatu? To pytanie, na którego odpowiedź czeka się z niecierpliwością, bowiem „Gnat” to jedna z tych historii, które wręcz pochłaniają czytelnika, czyniąc oczekiwanie na dalszy ciąg torturą, bo bardzo chcemy wiedzieć, co wydarzy się dalej. Na całe szczęście, czekać nie będziemy bardzo długo – kolejny, środkowy tom już we wrześniu.

Sherlock Holmes. Crime Alleys #1: Pierwsza sprawa.  Scenariusz: Sylvain Cordurie. Rysunki: Alessandro Nespolino. Egmont 2017

Na koniec kilka słów o „Sherlocku Holmesie” z podtytułem „Crime Alleys” i z jeszcze jednym podtytułem – „Pierwsza sprawa” Egmont nie zrażony raczej mało pochlebnymi recenzjami frankofońskiej serii, kontynuuje jej wydawanie, być może licząc na magię nazwiska głównego bohatera. Szczerze mówiąc „Pierwsza sprawa” to rodzaj zaskoczenia – raz, że byłem przekonany, iż dylogia z Necronomiconem zakończyła cykl francusko-włoskiego tandemu autorów. Dwa, że mamy do czynienia z „Pierwszą sprawą”,  czyli czeka nas coś w rodzaju originu.

Jedno trzeba oddać twórcom – jak na razie to najlepsze co wyszło spod ich rąk w temacie Holmesa. Poprzednie części cyklu wykorzystywały zakorzenione w popkulturze motywy w sposób mało finezyjny, wręcz ograny, ratując dzieło przede wszystkim klimatyczną stroną graficzną. Na dodatek motywy te były na wskroś fantastyczne i trzeba uczciwie powiedzieć, że coś wyraźnie nie działało w tym połączeniu. Wampiry, Necronomicon, a wśród nich Sherlock i Moriarty w nieprzekonującej rozgrywce. No cóż, w „Pierwszej sprawie” też od Moriartego nie uciekniemy. Bo w zasadzie to wcale nie pierwsza sprawa (czyli skąd ten tytuł?), tylko pierwsza sprawa z Moriartym, A właściwie z dwoma bohaterami noszącymi to nazwisko – co z kolei może stanowić podpowiedź dotyczącą genezy zajadłej rywalizacji wielkiego detektywa i wielkiego złoczyńcy.

W miarę postępów lektury, „Pierwsza sprawa” budzi zaskakująco pozytywne odczucia. Fabuła dotyczy bowiem tajemniczych zniknięć osób o szczególnych zdolnościach bądź pożądanych umiejętnościach. Cieszy również brak nadnaturalnej otoczki, intrygująca zagadka smakuje tym bardziej. Stąd też rozwiązanie z końcówki albumu może wprawić w konsternację, ale w jakimś sensie jest umotywowane klimatem epoki, łącząc tak ważny dla Conan Doyle’a spirytyzm z naukowym postępem. Owszem, można powiedzieć, że fabuła wiedzie tu do atrakcyjnego, acz banalnego w swej oczywistości finału, ale takiego, który rodzi nadzieje na ciekawą historię w kontynuacji. Wszystko zależy od tego, jak pokierują nią twórcy. Materiał wyjściowy w postaci niniejszego albumu jest niezły, ale obawiam się, że w kontynuacji mogą za bardzo popłynąć z prądem. To się dopiero okaże i  kto wie, może tym razem komiksowa historia o Sherlocku Holmesie okaże się udana?

Kategorie
komiks
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz