komiks

Komiksowy maraton, czyli czytamy hurtowo #33 (Egmont)

Dzisiejszy maraton pełen będzie chwil gorzkich. Żegnamy się z „Baśniami”, Wolverinem, przynajmniej na jakiś czas – oraz z jakimikolwiek przejawami dobrej jakości w komiksach o Spider-manie. Oby również tylko na jakiś czas.

Śmierć Wolverine’a, scen. Charles Soule, rys. Steve McNiven, Egmont 2017. Ocena: 75%

Niektóre pożegnania nie wymagają wielu słów i olbrzymiego tomiszcza. Wolverine, gburowaty i milczący wojownik zasługiwał właśnie na coś takiego – gorzką, powoli odbierającą nadzieję opowieść, której ostatni akt wyraża więcej niż tysiąc słów.

Wolverine umiera. Stracił czynnik regenerujący, do głosu dochodzi nadmiar metalu w organiźmie i niekoniecznie zdrowy tryb życia właściwy superbohaterom. I choć problem dałoby się może rozwiązać, to jednak zegar tyka, a za głowę Logana wyznaczono nagrodę. Już sam tytuł mówi wprost – tym razem taryfy ulgowej nie będzie.

„Śmierć Wolverine’a” jest prostą, ładną i smutną historią. Twardą, szorstką, chwilami zawadiacką – wszystko po to, by przypomnieć, z kim mamy do czynienia. Nie aspiruje do miana wielkiej opowieści, po prostu przedstawia nam fabułę, daje dość czasu i przestrzeni, by pożegnać się z bohaterem, który w końcówce lat osiemdziesiątych wskoczył na szczyt popularności i tam już pozostał. Scenariusz ma swoje tempo, dramatyzm i choć nie powala na kolana, to zgrabnie prowadzi nas do puenty. Jak tak zastanowić się nad wszystkim, to może niektóre wybory nie są najsensowniejsze, ale tu liczą się emocje ostatniej drogi.

Znakomitą robotę robią rysunki. Bardzo często ciężar opowiadania historii przenosi się właśnie na nie – zwłaszcza w ostatnich partiach fabuły. I była to znakomita decyzja ze strony zespołu twórczego, zwłaszcza, że Steve McNiven odwala kawał naprawdę porządnej roboty. Bawi się układem kadrów, od czasu do czasu stworzy monumentalną planszę. Obok Wolverine’a to on jest tu głównym bohaterem.

Album napisany przez Soule’a to skromny, ale godny pochówek. Najważniejsi się na nim pojawili. Pamiętajcie też, że żałoba po Rosomaku nie będzie trwać wiecznie.

 

Corto Maltese: Przygody celtyckie, scenariusz i rysunki: Hugo Pratt, wyd. Egmont 2017. Ocena 75%

To już czwarty tom przygód zebranych Corto Maltese, romantycznego awanturnika stworzonego przez Hugo Pratta. Jest odrobinę gorszy od poprzedniego, ale i tak trzyma wysoki poziom

Poprzednio autor popchnął akcję w stronę realizmu magicznego i niedopowiedzeń, tym razem zdecydował się na romans dużo odważniejszy i bardziej wyrazisty – z mitami celtyckimi. Akcenty mitologiczne łatwo dostrzec zwłaszcza w drugiej połowie albumu, kiedy akcja przenosi się – w znakomitej większości – na Wyspy Brytyjskie.

Po drodze Corto zahaczy o Austrię, skrzyżuje ścieżki między innymi ze słynnym pruskim lotnikiem, Czerwonym Baronem, weźmie udział w szpiegowskiej intrydze i poszukiwaniu skarbu. Niektóre historie to rasowe opowieści przygodowe, inne mają dużo bardziej kameralny i osobisty wymiar. Cechą wiodącą „Przygód celtyckich” jest bowiem różnorodność – nastroju, tempa i pomysłów.

Zmienił się też odrobinę ton całości – trwa wszak wojna, jedna z bardziej przerażających w dziejach. I Hugo Pratt perfekcyjnie uchwycił, jak ktoś podobny do Corto może się odnaleźć w takiej sytuacji. Sposób opowiadania czasem trąci myszką i naiwnością, ale zazwyczaj narracja wytrzymuje porównanie nawet ze współczesnymi standardami. Kolejna odsłona jest więc dla miłośników serii lekturą obowiązkową.

Amazing Spider-Man: Preludium do Spiderversum, scen. Dan Slott i Christos Gage, rys. Giuseppe Camuncoli, wyd. Egmont 2017
Ocena: 45%

Dan Slott pisze Spider-Mana od wielu lat. Od czasu do czasu potrafi zaskoczyć świetnym pomysłem, który jednak gnie się pod ciężarem kulawej realizacji. Tak jak w przypadku Spiderversum, które właśnie się rozpoczyna.

Po wydarzeniach z „Superior Spider-Man” Peter Parker wrócił do własnego ciała i nakopał gromadce goblinów, ale to był dopiero początek problemów. Na pająki w różnych światach i wymiarach zaczynają polować wampiryczne istoty łudząco przypominające Morluna, zaciekłego, tajemniczego wroga naszego bohatera (wiecie, to ten złoczyńca z czasów, kiedy Spider-Mana pisano porządnie).

„Preludium do Spiderversum” zmaga się z typowymi dla Slotta problemami. Mamy tu nadmiar postaci, z których większość pojawia się tylko po to, aby być. Akcja jest chaotyczna i męcząca, ratuje ją tylko kilka sympatycznych momentów humorystycznych z początku komiksu – oraz obecność radośnie roztrzepanej Ms. Marvel. Można wręcz odnieść wrażenie, że Slott rozumie wszystkich bohaterów naokoło, tylko nie Petera Parkera – psuje go już od dawna, a i tu wykazuje się niezrozumieniem postaci, którą prowadzi. Potem całość skupia się na sieczce, której dramatyzm może czytelnikowi umknąć. Sam pomysł spotkania Spider-Manów z różnych wymiarów jest dosyć ciekawy, choć oczywiście stanowi typową cechę stylu Slotta – przedkładanie ilości nad jakość.

Rysunki trzymają nierówny poziom. Niektóre zachwycają dynamiką i plastyką, inne wyglądają na sporządzone na odczepnego, aby były.

„Preludium do Spiderversum” warto kupić tylko ze względu na podtrzymanie ciągłości kolekcji – oraz jeśli śledzicie losy Pająka niezależnie od jakości serwowanych historii.

Baśnie. Pożegnanie. Tom 22, scen. Bill Willingham, rys. Mark Buckingham, Steve Leialoha, Andrew Pepoy, Dan Green, Marzan Jr. Jose, wyd. Egmont 2017. Ocena: 70%

Dobijamy do końca serii, która towarzyszyła polskim czytelnikom od dziesięciu lat. Przez ten czas zdążyliśmy się zżyć z serią Willinghama i jego bohaterami. Nawet, jeśli czasem sprawowali się gorzej – to i tak warto sprawdzić, jak brzmi ich ostatnie słowo.

Pierwsze tomy zachwycały, godnie zastępowały Sandmana na niwie komiksowej, mrocznej baśni. Kiedy starcie z Adwersarzem dobiegło końca, seria obniżyła loty, ale wciąż czytało się ją całkiem nieźle – Willingham to stary fachura, który konsekwentnie składał swoją mozaikę pełną baśniowych motywów zaczerpniętych z kultury całego świata. Czasem tylko skręcał nie w tę stronę co trzeba i za bardzo skupiał się na wątkach pobocznych, a nie postaciach, o których wszyscy chcieli czytać. Teraz próbuje oddać wszystkim sprawiedliwość.

Narasta konflikt między Śnieżką a Różą Czerwoną. Wygląda na to, że bez rozlewu krwi między siostrami się nie obejdzie. Przemawiają za tym i emocje, i przeznaczenie. A przed nim, jak wiadomo, ciężko uciec. Co ciekawe, konkluzja jest kameralna i bardzo sprytnie poprowadzona, oparta na pomyśle, który w komiksie zapowiadany był od dawna. Jednym przypadnie do gustu, innym nie, ale ostatecznie warto uchylić czoła przed wspomnianą konsekwencją scenarzysty.

Główną historię uzupełniają epilogi opowiadające o dalszych losach co ważniejszych postaci. Te sprawdzają się różnie, niektóre stworzono po to, aby po prostu były, ale inne zaskakują pomysłowością, dowcipem lub jakimś intrygującym detalem.

Rysunki, oczywiście nie zawodzą i wpisują się w równy poziom serii. „Pożegnanie” to przyjemna puenta. Może nie należy do najlepszych, bombastycznych domknięć w historii komiksu, ale z drugiej strony – jest przyjemnym wyciszeniem po wszelkich perypetiach i ciężkich próbach, jakim scenarzysta poddawał swoich bohaterów.

Kategorie
komiks
Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który potrafi płynnie przejść od słodkiego lenistwa do nadaktywności – i z powrotem. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, rozmaitych hobby, a czasem nawet w otchłań studiów. Publikował, w „Science Fiction Fantasy i Horror”, „LiteRacjach” oraz w portalach internetowych – GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz