komiks

Komiksowy maraton, czyli czytamy hurtowo #32 (Egmont)

Dzisiejszy maraton upłynie pod znakiem dwóch wiodących sił na rynku komiksowym – Marvela i DC, w szczególności zaś czterech słynnych bohaterów, Batmana, Deadpoola, Supermana i Wolverine’a.

All-Star Batman, scen. Scott Snyder, rys. John Romita Jr., Declan Shalvey, Egmont 2017. Ocena: 70%

Scott Snyder lubi eksperymentować z Batmanem. Zaczynał od nastroju rodem z komiksów Franka Millera, tyle że doprawionego horrorem i konspiracyjnymi teoriami. Potem skierował swój wzrok w stronę zbyt radosnego campu oraz mechów i potwórów. Teraz, w „All-Star Batman” próbuje się z sensacją. Eksperyment nie udał się tak do końca, ale nie można odmówić mu też zalet.

Mroczny Rycerz porwał Two-Face’a i wiezie go poza Gotham – w miejsce, gdzie na przestępcę czeka kuracja mająca ostatecznie uwolnić Harveya Denta od złego alter-ego. Niestety, złoczyńca przygotował się i zawczasu zorganizował pościg. Pościg, który wywlecze wiele brudów, także u osób bliskich Batmanowi – oraz wystawi wszystkich na próbę. I tylko jedna osoba będzie w stanie Nietoperzowi pomóc.

Snyder podjął spore ryzyko i w pewnych aspektach mu się opłaciło. Ciekawie wypada kreska Johna Romity Jr (który wcześniej sprawdził się w „Dark Knight: The Last Crusade” Millera i Azzarello). Jest intensywna, choć mniej mroczna, niż spodziewaliby się tego czytelnicy – podobnie jak kolory. Pewnie, wygląda to na rutynową robotę, a nie szczytowe osiągnięcia, ale i tak robi dobre wrażenie – choć nie wszystkim przypadnie do gustu. W dodatkowej opowiastce poświęconej nowemu towarzyszowi Romitę zastępuje Declan Shalvey, ale ciężko zaliczyć ten występ do najlepszych w emploi artysty, ale daje radę.

Zawodzi historia. Nie dlatego, że sama w sobie słabuje. Ma tempo, akcję, dużo walk, niezłe dialogi i sceny interakcji. Po prostu scenarzysta jeszcze w wywiadach zapowiadał niesamowicie mocną opowieść wywracającą wszystko do góry nogami. Głębszą, mądrzejszą, niż ostatecznie dostaliśmy. Tymczasem para poszła trochę w gwizdek i końcówka jest aż nazbyt kojąca – ale takie chyba prawo komiksowych seriali.

Koniec końców „All-Star Batman” okazuje się po prostu niezłą rozrywką, trochę inną od typowych historii poświęconych obrońcy Gotham. Tylko tyle – i aż tyle.

 

Superman: Action Comics – Ścieżka zagłady, scen. Dan Jurgens, rys. Patch Zircher, Tyler Kirkham, Stephen Segovia, Art Thibert, Egmont 2017. Ocena: 70%

„Śmierć Supermana” to było coś. Wielkie wydarzenie, które wstrząsnęło przemysłem komiksowym w latach dziewięćdziesiątych i pisano o nim w głównonurtowej prasie. Teraz na pokład jednego z flagowych tytułów o Człowieku ze Stali wraca architekt tamtego przedsięwzięcia – Dan Jurgens.

Scenarzysta zaczyna z grubej rury – Clark, jakiego znamy od 1986 roku, próbuje się odnaleźć w rzeczywistości „Odrodzenia”, gdzie jeden Superman już zmarł, i pierwszym wielkim zagrożeniem, które staje na jego drodze jest właśnie Doomsday, istota, która wyprawiła Supermana na łono Abrahama. Tym razem Kal-El ma jeszcze więcej do stracenia – żonę i syna.

Walka jest dramatyczna, spektakularna i trwa przez większość pierwszego albumu. Dan Jurgens po prostu robi to, co zazwyczaj wychodzi mu najlepiej – opowiada o epickim starciu, w tle przemycając trochę ciekawych smaczków, jak budowana od nowa relacja z Lexem Luthorem próbującym zająć miejsce zmarłego Supermana – czy kwestie rodzinne. Wszystkie te motywy łączą się oczywiście poprzez bitwę z kosmiczną, niszczycielską kreaturą. A i samego głównego bohatera śledzi się dużo przyjemniej niż tymczasowego zastępcę z New 52. Rysunki dają radę, miewają pazur i niezłą dynamikę, ewidentnie widać w nich inspirację kreską Jima Lee i Jasona Faboka.

„Ścieżka zagłady” to całkiem niezła nawalanka od DC, rzeczywiście realizująca postulat z „Odrodzenia” – czyli przywrócenie nadziei do uniwersum. Jest dramatycznie, ale nie melodramatycznie. I choć komiks sam w sobie nie stanowi niczego niezwykłego, a jedynie porządnie wykonaną rzemieślniczą robotę – to zwiastuje naprawdę ciekawe wydarzenia, jakie ujrzymy w następnych odsłonach.

Batman, tom 1: Jestem Gotham, scen Tom King, rys. David Finch., Egmont 2017. Ocena: 65%

Poprzednia wiodąca seria o Batmanie (z Nowego DC Coics) zaczęła się niesamowicie spektakularnie, bardzo obiecującym „Trybunałem Sów” Scotta Snydera. Scenarzysta obniżył potem loty. Tom King zaczyna z mniejszym przytupem i bardziej zachowawczo, ale i tak dostajemy dosyć solidny komiks.

Mroczny Rycerz ma pełne ręce roboty, oprócz przestępców, musi radzić sobie na przykład z katastrofą lotniczą. W mieście pojawia się zaś para nowych bohaterów, obdarzonych mocami zbliżonymi do tych, którymi dysponuje pewien znany skądinąd Kryptonijczyk – Gotham i Gotham Girl. Chłopak i dziewczyna wierzą, że mogą pomóc miastu, ale Batman nie do końca im ufa.

Scenariusz skupia się na wątpliwościach Batmana, czy będzie wiecznie w stanie bronić miejsca, które go wydało na świat, ale poza tym ciężko wyłapać tu motywy, których wcześniej nie widzieliśmy. Może sam bohater jest odrobinę bardziej ludzki, niż zazwyczaj. Akcja, tempo i bohaterowie dają radę, a tajemnice stojące za nowymi postaciami zachęcają, by przewracać kolejne strony. Momentami można tylko odnieść wrażenie, że Nietoperz oddala się od kryminalnych historii tak bardzo, jak to tylko możliwe – i w zamian przyjmuje Snyderowską akcję, która nie zawsze wychodzi komiksowi na zdrowie.

Rysunki Davida Fincha trzymają poziom, choć nie powalają. Są mroczne i odpowiednio dynamiczne, ale artystę, który uczył Jasona Faboka rzemiosła, stać na wiele więcej.

„Jestem Gotham” to komiks z kategorii „przyzwoita rozrywka”. Nie zachwyci, ale zapewni parę chwil zapomnienia i zanęci, by sięgnąć po następne tomy.

Superman: Syn Supermana, scen. Peter J. Tomasi, rys. Patrick Gleason, Doug Mahnke, Jorge Jimenes, Egmont 2017. Ocena: 75%

Czas na jedno z dwóch dań głównych dzisiejszego maratonu. Oto „Syn Supermana”, pióra Petera J. Tomasiego, komiks może nie idealny, ale pokazujący to, co w historiach o Człowieku ze Stali najważniejsze – ciepło, radość, energię i nadzieję, którymi bohater powinien emanować naprzekór wszystkiemu.

Clark Kent żyje wraz z Lois Lane i synem, Jonem na farmie położonej poza miastem. Przyjęli nazwisko Smith i działają pod przykrywką. Śmierć Supermana z Ziemi 52 zmusiła jednak Kal-Ela, by ponownie przywdział niebieski spandex i wyszedł z ukrycia. Jego potomek zaczyna odkrywać swoje moce, a na horyzoncie widnieje kolejne zagrożenie.

Na początku jest odrobinę zachowawczo, zwłaszcza, że główny złoczyńca to ktoś, z kim Superman już się mierzył. Widać, że Tomasi, podobnie jak Jurgens w „Action Comics” trzyma mocniejsze karty na potrzebę następnych części, ale i tutaj dba o to, by opowieść świetnie się czytało. To głównie zasługa kameralnych scenek i dobrych dialogów. Scenarzysta buduje swoją historię na relacjach między postaciami, głównie przy użyciu Clarka, Lois i Jona. Znakomicie mu to wychodzi.

Rysunki, choć wychodzą spod ołówka aż pięciu artystów, tworzą całkiem spójną całość (w zasadzie tylko raz musiałem się przyzwyczaić do lekkiej zmiany). Są dobrze dopasowane zarówno do spokojnych chwil, jak i nagłych, gwałtownych wybuchów przemocy, do jakich zdolny jest Kryptonijczyk.

Nie bez przyczyny „Superman” jest obecnie jedną z wiodących i najlepiej sprzedających się pozycji ze stajni DC. Oferuje dobrze przyrządzoną rozrywkę, w której Tomasi na pierwszym miejscu stawia najważniejszy przecież czynnik – ludzi. Nawet jeśli to tylko rozgrzewka, to lepiej poprowadzona niż niejeden pełen trening.

Wolverine, scen. Jason Aaron, rys. Howard Chaykin, Ron Garney, Stephen Segovia, Paco Diaz Luque, Adam Kubert, Ron Garney, Udon Studios, Egmont 2017. Ocena: 85%

Jason Aaron to obecnie jeden z najlepszych scenarzystów na amerykańskim rynku komiksowym. Świetnie się sprawdza zarówno w „Thorze”, jak i w autorskich seriach pokroju „Bękartów Południa”. Początek drogi przebył jednak z Loganem – i już wtedy miał to coś.

„Wolverine” jest zbiorem pierwszych historii, które Aaron napisał o Rosomaku (pojawia się nawet debiutancka praca konkursowa autora). Poszczególne rozdziały łączą się za sprawą głównego bohatera i pojedynczych motywów, ale nie stanowią spójnej całości. To właściwie antologia komiksowych opowiadań. Dzieją się głównie po przełomowej „Genezie”, w której Paul Jenkins odsłaniał tajemnice przeszłości Wolverine’a. Teraz zaś Logan cierpi na potężnego moralniaka i próbuje sobie z tym radzić na różne sposoby.

Aaron niczego tutaj nie udawał – tworzył gatunkowe opowieści, nafaszerowane kliszami po brzegi. Widać jednak, że autor doskonale wiedział, co robi, gdyż żonglował pomysłami z gracją kuglarza i serwował kolejne skrojone na miarę Wolverine’a fabuły – sensacje, opowieści drogi, demolki w Chinatown (opowieść zatrzymuje się na chwilę nawet, by zakpić z wszechobecnych ninja). Wszystkie krwiste, pełne przemocy, doprawione szczyptą pieprzu – i łyżką bezpretensjonalnego, czarnego humoru, który nie opuszcza scenariuszy Aarona do dziś. Doskonale pokazują brutalny urok głównego bohatera.

Rysunki trzymają mniej-więcej równy pułap, choć pochodzą z różnych serii, więc liczcie raczej na różnorodność, niż spójność. Ale dzięki temu otrzymujemy odmienne nastroje, zazwyczaj dobrze dopasowane do historii snutej przez Aarona.

Na „Wolverine’a” składają się w gruncie rzeczy proste historie – ale są na tyle mocne i mięsiste, że przypominają, dlaczego czasem warto dać Marvelowi szansę.

Wolverine: Trzy miesiące do śmierci #1-2, scen Paul Cornell i Elliot Kalana, rys. Kris Anka, Pete Woods, Jonathan Marks, Egmont 2017. Ocena 55%

Już niedługo czytelnik przekona się, jak przebiegnie doniosłe umieranie najsłynniejszego mutanta w historii komiksu. Zanim to jednak nastąpi, poznamy historię o tym, jak Logan oswaja się z nowo zyskaną śmiertelnością. Szkoda, że w tak niedoskonałych albumach

Logan nie jest już niemal niezniszczalnym zabijaką z czynnikiem regeneracyjnym, musi teraz liczyć się ze śmiercią. I nie potrafi do tego przywyknąć. A praca nie czeka. Wolverine pod przykrywką rozpracowuje grupę pod przywództwem złoczyńcy o pseudonimie „Oferta”. Wszystko po to, by pokrzyżować kolejny plan odwiecznego wroga – Sabretootha. To wyzwanie wymaga jednak odmiennego podejścia do walki – i pomocy kilku ludzi.

Fabuła bywa znośna, kilka motywów się tu udało, choć panuje tu straszny chaos, przeszkadzający w odbiorze. Ciekawe sekwencje urwane są zbyt szybko i opowiedziane po łebkach, dialogi stoją na bardzo różnym poziomie, a narracja czasem niepotrzebnie przeskakuje na trzecioosobową przypominającą mroczne dla rynku wydawniczego lata ’90.

Rysunki zazwyczaj dają radę. Problem w tym, że spora część kadrów wygląda jakby artyści tworzyli je na odczepnego, bez polotu. Daje radę projekt nowego pancerza Wolverine’a (pojawił się już w kilku komiksach).

Jeśli zaliczasz się do fanów Wolverine’a, to pewnie nie przegapisz i tej pozycji. W innym wypadku możesz sobie zwyczajnie odpuścić i poczekać na szumnie zapowiadaną „Śmierć Wolverine’a”.

Deadpool Classic tom 3, scen. Joe Kelly, Stan Lee, rys. Ed McGuiness, Shannon Denton, Pete Woods, Wlater McDaniel, John Romita Sr., Egmont 2017. Ocena: 70%

Deadpool, jaki jest, każdy widzi. Joe Kelly konsekwentnie rozwija go w serii zebranej w kolejnych tomach „Deadpool Classic” – i poddaje coraz cięższym wyzwaniom.

Wade ma przerąbane. Chodzi zraniony emocjonalnie przez morderczynię Typhoid Mary, którą poznał w poprzednim tomie, poluje na niego najemnik T-Ray, pojawia się też nowe zagrożenie, a przedstawiciele tajemniczej korporacji wciąż uważają go za swego wybrańca i wierzą, że Deadpool ocali świat.

Paradoksalnie siłą historii Kelly’ego nie są bombastyczne sekwencje bijatyk – które dzięki dynamicznym, „kreskówkowym” rysunkom, cieszą oko – nawet nie humor, ale emocjonalna głębia i kameralne sceny między bohaterami. Fabuła czasem kręci się w kółko, zwłaszcza taka z wątpliwościami Wade’a w środku, ale szybko z rutyny wybija ją jakiś nowy pomysł. Bywa też, że narracja za długo zatrzymuje się przy wątku kosmiczno-mesjańskim, ale widać, że to po prostu ustawianie sceny pod epicką konkluzję.

Trzeci tom „Deadpool Classic” jest trochę mniej równą jazdą niż poprzednia odsłona zebranych przygód Najemnika, ale nie brak temu komiksowi dobrych momentów, zabawnych scen – i duszy, która wyróżniała wczesne przygody Wade’a. Jeśli kolekcjonujecie tę serię, to i omawianego albumu nie może zabraknąć w Waszej kolekcji.

Kategorie
komiks
Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który potrafi płynnie przejść od słodkiego lenistwa do nadaktywności – i z powrotem. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, rozmaitych hobby, a czasem nawet w otchłań studiów. Publikował, w „Science Fiction Fantasy i Horror”, „LiteRacjach” oraz w portalach internetowych – GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz