komiks

Komiksowy maraton czyli czytamy hurtowo #30 (Mucha Comics)

Dzisiejsze hurtowe czytanie sponsorują w szczególności superbohaterowie, ale tacy spoza Marvela i DC, bardziej ludzcy, zabawni i pomocni.

Chew #7: Zgniłe jabłka. Scenariusz: John Layman. Rysunki: Rob Guillory. Mucha Comics 2017

Można by przypuszczać, że po tylu tomach trzymających w miarę równy poziom, w końcu przyjdzie pora na obniżenie lotów i spadek formy. Ale nie, “Chew” jest chlubnym dowodem na to, że jak się chce, to można.

Seria Laymana i Guillorya należy do kategorii tych, które się albo kocha całym sercem albo nienawidzi. To specyficzny komiks, ze specyficznym poczuciem humoru, takimi samymi bohaterami i równie absurdalnymi fabułami. Już sam pomysł wyjściowy, aby kulinarne umiejętności przekuć w supermoce, jest niedorzeczny. Ale ten miszmasz działa fantastycznie. “Chew” nie da się zaszufladkować, bo to wypadkowa tak wielu gatunków, że można się pogubić w ich wyliczaniu. Jest tu wszystko, od cybernetycznie zmodyfikowanych kogutów zabójców, przez kosmitów, po bromance wyjęty z najlepszych filmów kumpelskich. A więc pulpa w świetnym wydaniu.

“Zgniłe jabłka” jest w pewnym sensie tomem przełomowym. Z jednej strony wszystkie wątki zaczynają delikatnie łączyć się w szerszy kontekst, z drugiej główny bohater przechodzi wewnętrzną przemianę, która w końcu pozwoli mu potraktować swój dar jako atut, a nie przekleństwo. Seria wjeżdża zatem na zupełnie nowe tory, i choć wciąż jest diabelnie zabawnie i surrealistycznie, to atmosfera tężeje i robi się nieco bardziej mrocznie i poważnie. Taki obrót spraw bardzo mi się podoba, bo o ile mógłbym kolejne dziwaczne pomysły Laymana rozbudowujące świat przyjmować w ciemno, o tyle doceniam chęć skierowania się w stronę kulminacji i zakończenia. Czekam zatem niecierpliwie na ostatnie pięć tomów tej żywieniowej sagi o kosmicznej skali, a w międzyczasie poszperam sobie w kadrach Roba Guillorya w poszukiwaniu żartów ukrytych na drugim i trzecim planie.

Miracleman #2: Złota era. Scenariusz: Neil Gaiman. Rysunki: Mark Buckingham. Mucha Comics 2017

Z sequelami najczęściej jest tak, że aby dorównać poprzednikom muszą być “bardziej” i mieć wszystko dwa razy więcej. Przynajmniej z takiego założenia wychodzą ich twórcy, których przebiegłe plany zazwyczaj kończą się fiaskiem. Naprawdę udanych kontynuacji jest niewiele, w świecie filmowym to rzadkość, a w komiksowym raczej wyjątki potwierdzające regułę. Takim wyjątkiem jest “Złota era” Neila Gaimana, będąca kontynuacją “Miraclemana” Alana Moore’a.

Moore, na długo przed “Strażnikami”, w swoim dziele opowiedział historię superbohaterską, którą można uznać za ostateczną i w pełni wyczerpującą ten temat. Gaiman nawet nie próbował się z nią mierzyć, a co dopiero prześcigać. Zamiast tego poszedł w zupełnie inną stronę, serwując komiks w duchu jak i wymowie zupełnie odmienny. Nie zaprezentował bowiem, jak to w komiksach superbohaterskich bywa, kolejnego wielkiego zagrożenia mogącego zgładzić życie na Ziemi, czy kolejnych epickich bijatyk (a i Moore przecież był od tego bardzo daleki). Postać Miraclemana odłożył na bok, a swój wzrok skupił na zwykłych ludziach, którzy żyją w jego cieniu, w czasach Złotej Ery, czyli panującego ogólnie dobrobytu.

Miracleman swoje boskie moce spożytkował na zrewolucjonizowanie życia na całej planecie. Zniknęły głód, wojny, pieniądze i szpiedzy, a ludzkość żyje w harmonii doświadczając niezliczonych cudów. Na szczycie świata superbohater zajmuje się swoimi boskimi sprawami, a u jego podstawy ludzie przyzwyczajają się do nowego porządku. Gaiman przygląda się właśnie im, samotnikowi pilnującemu stary wiatrak, wyznawcom nowej religii pragnącym spotkać swego boga, buntowniczym uczniakom zafascynowanym masowym mordercą, wskrzeszonym, zrobotyzowanym Warholom, rozpadającej się rodzinie czy tajnej agentce na detoksie. W każdej z tych krótkich opowieści próbuje odnaleźć pierwiastek definiujący człowieczeństwo, zmierzyć się z ludzkimi rozterkami, przepracować traumy. I robi to z wyczuciem, zrozumieniem i w swoim stylu, prezentując bardzo ciepły i optymistyczny obraz ludzkości.

Te intrygujące miniaturki ślicznie rozrysowuje Mark Buckingham, który bawi się przy nich formą i stylistyką. Każda z nich to inny rodzaj techniki, inny styl rysowania, inny bagaż emocjonalny. Najbardziej jednak wyróżniają się noirowa “Historia o szpiegach” i pop-artowe “Notatki z podziemia”, będące nieco mroczniejsze w wymowie.

“Miracleman: Złota era” to nietypowa kontynuacja, bowiem nie podejmuje wątku głównego bohatera, a skupia się na efektach jego działań i wpływu jaki wywiera na otoczenie. Efekt końcowy jest bardzo zadowalający, a komiks stanowi idealne domknięcie sagi Moore’a.

Jessica Jones: Alias #4. Scenariusz: Brian Bendis. Rysunki: Michael Gaydos. Mucha Comics 2017

“Jessica Jones: Alias” to kolejna po “Skalpie” i “Gotham Central”, świetna seria kryminalna dobiegająca końca. Czwartym albumem powinni się w szczególności zainteresować miłośnicy serialu Netflixa, bowiem to na nim opierała się  jego fabuła.

Scenarzysta Brian Michael Bendis wreszcie odsłania przed nami wszystkie głęboko skrywane tajemnice głównej bohaterki. Po pierwsze otrzymujemy bardzo fajną genezę, która została sprytnie spleciona z losami Petera Parkera, a która jest tak typowa dla Marvela z czasów Stana Lee, że aż zęby bolą. Ale to akurat jest miły akcent, który ładnie wpisuje Jessicę w szerszy kontekst uniwersum. Po drugie mamy wgląd w jej krótką acz intensywną karierę superbohaterską i przyczynę, która stała za porzuceniem kostiumu, co – i tu po trzecie – ściśle wiąże się z Killgravem, jej nemesis, przez którego jest jaka jest.

Te wszystkie retrospekcje już same w sobie są interesujące, ale przede wszystkim mają za zadanie zbudować tło dla bieżących wydarzeń, podczas których Jessica będzie musiała zmierzyć się z przeszłością i ponownie przepracować traumę. A zatem Bendis kryminalny aspekt serii spycha na dalszy plan, ustępując miejsca obyczajowemu dramatowi, który równie dobrze sprawdził się w serialu. Jest tu mnóstwo energii i emocji, a nawet superbohaterskich akcji, których być może komuś brakowało w poprzednich tomach. W każdym razie ostatni tom serii to bardzo energetyczne jej zwieńczenie, z przesympatycznym i mogącym natchnąć finałem. I znowu szkoda, że tak dobry serial się kończy, ale jak wspominał Bendis w posłowiu, przynajmniej udało się uniknąć taniej sensacji. Dostajemy więc sam koncentrat naprawdę udanej historii, przepięknie (albo obrzydliwie, zależy od punktu widzenia) narysowanej,  wartej trzymania na półce i od czasu do czasu do niej powracania.

Kontynuacją losów Jessici Jones jest seria “The Pulse” i szczerze mam nadzieję, że Mucha Comics zdecyduje się na jej publikację. Wierzę, że pomimo braku na niej loga MAX (czyli imprintu wyłącznie dla dorosłych) Bendis zachował ducha oryginału i z sensem poprowadził swoją bohaterkę na szerokie wody uniwersum Marvela.

Kategorie
komiks
Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Dodaj komentarz