Scream Comics / Egmont / Wyd. Komiksowe
komiks

Komiksowy maraton, czyli czytamy hurtowo #3

Co miesiąc na sklepowych półkach ląduje tak duża ilość komiksów, że więcej czasu zajmuje nam ich czytanie niż o nich pisanie. A zatem aby nadrobić trochę tytułów wchłaniamy je hurtowo w wielogodzinnych maratonach i tak też od czasu do czasu będziemy o nich pisać. Dzisiejszą odsłonę sponsorują twórcy szpad, toporów, ksiąg zaklęć i przyborów do malowania.

Rani t.1 „Bękartka”, Rani t.2 „Rozbójniczka” Scenariusz: Jean Van Hamme i Alcante. Rysunki: Christian Farvelle. Wydawnictwo Komiksowe 2016.

Wygląda na to, że w nowo wymyślanych fabułach, stary komiksowy wyjadacz Jean Van Hamme postanowił znacznie więcej uwagi poświęcić kobietom, czyniąc je tytułowymi bohaterkami swych nowych serii. Stąd od wydawnictwa Kubusse mieliśmy „Lady S”, a od Wydawnictwa Komiksowego „Rani”. Ta druga seria niestety – nomen omen –  rani uczucia wielbicieli talentu belgijskiego twórcy. Po dwóch tomach można powiedzieć, że to chyba najprostsza konstrukcyjnie i najbardziej przewidywalna fabuła w jego wykonaniu. Choć może taki był po prostu zamysł twórcy od początku.

„Rani” to opowieść przygodowa dziejąca się w połowie XVIII wieku, mocno przypominająca lektury z dzieciństwa (jeszcze sprzed czasów Internetu), szczególnie te taśmowo produkowane kiedyś przez Aleksandra Dumasa. Pewnym novum jest umieszczona w tej stylistyce i kontekście kobieca bohaterka, córka szlachcica z nieprawego łoża, której ten, niezadowolony z postępków swego pierworodnego syna zapisuje majątek. Syn w efekcie ojca zabija, a dla Jolanny od tego momentu zaczyna się swoista droga przez mękę (no niezupełnie, młoda bohaterka jakoś zawsze znajdzie chwilę na odrobinę przyjemności), pełna niebezpiecznych przygód. Rysowane jest to w ogóle nie porywającą, realistyczną kreską, a sama fabuła jest po prostu nie na nasze czasy. Choć trzeba przyznać, że udał się czarny charakter, niebywale przy tym irytujący, zaś finał drugiego tomu mimo wszystko wzbudza ciekawość co do dalszych losów bohaterki. A zatem damy jeszcze szansę temu tytułowi.

ocena-50

[accordions] [accordion title=’Gdzie kupić?’]
[/accordion] [/accordions]

Thorgal: Louve #6:  Królowa czarnych elfów. Scenarusz: Yann le Penetier. Rysunki: Roman Surżenko. Egmont 2016

Kiedyś pewnie bym nie przypuszczał, że spod moich rąk wyjdzie opinia, iż na rynku jest za dużo albumów ze świata Thorgala. Tak, niestety te rozszerzenie głównej serii o trzy spin-offy, może i było pożądanym pomysłem, ale z wykonaniem niestety jest gorzej. Na pewno w przypadku „Louve” sprawdza się ceniony coraz bardziej Surżenko ze swoimi, oddającymi ducha oryginału rysunkami, niż Yann z napisanym bez większego polotu scenariuszem. To już szósta odsłona serii o małej córce Thorgala i opowieść nie może wyjść z jakiegoś zaklętego kręgu, który wciąż obraca się wokół tych samych motywów i postaci. Niby urozmaiceniem staje się zaangażowanie do opowieści krasnoludów i czarnych elfów z tytułu, stawka ich konfliktu też wydaje się poważna, ale co zrobić, kiedy to jakoś nie działa?

Rezultat jest taki, że tydzień po przeczytaniu niewiele się pamięta z tej historii. Louve znów kłóciła się z matką, Strażniczki Kluczy były bodajże dwie, a Vigrid zwyczajnie się nie popisał po karze, którą zesłała na niego bogini Frigg. Coś więcej? Był też cliffhanger z rodzaju odgrzewanych kotletów. Niestety. Ale i tak przeczytamy kolejny tom.

ocena-45

[accordions] [accordion title=’Gdzie kupić?’]
[/accordion] [/accordions]

Thorgal # 35: Szkarłatny ogień. Scenariusz: Xavier Dorison. Rysunki: Grzegorz Rosiński. Egmont 2016

Trzy lata trzeba było czekać na nowy tom przygód dzielnego Wikinga, choć czy rzeczywiście można mówić o jakimś oczekiwaniu?  W ostatnich latach twórcy serii, i to zarówno jeszcze Van Hamme, jak i później Sente przyzwyczaili nas do przeciętnych raczej historii, bez tego przysłowiowego ognia, który kiedyś rozpalał polskich fanów komiksu przy lekturze kolejnych albumów. Czyżby zatem tytuł najnowszego albumu sugerował powrót serii do dawnej formy? Cóż, jeszcze nie, ale wydaje się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku.

Już okładka zapowiada porządną akcję, Thorgal z konkretnym oprzyrządowaniem w rękach najwyraźniej będzie ciachał. Nie ciacha niestety Grzegorz Rosiński, spod którego dłoni malowane plansze coraz częściej zamieniają się w szereg niezidentyfikowanych, ekspresyjnych plam. Na szczęście z fabułą jest lepiej, no bo wziął się za nią niezły już fachowiec, czyli Xavier Dorison, i wreszcie za jego sprawą historia pogoni za porywaczami Kah-Aniela dotrze do w miarę satysfakcjonującego finału. Mamy tu jeszcze  oblężenie Bag Dadhu, jest religijny fanatyzm, jest drażniący i niby wszechpotężny syn Thorgala, który po prostu zasługuje na to, żeby zwyczajnie, czy też niepoprawnie politycznie sprać go w tyłek.  Sam Thorgal wciąż jest skuteczny, ale także, od czasów „Ofiary” zmęczony wszystkim co się wokół niego dzieje. Może przydałaby się jakaś zmiana, jakaś wolta i zamiast wykonywać, co zawsze przystoi dzielnemu wojownikowi, mężowi i ojcowi, naszemu bohaterowi w końcu odbije i dzięki temu fabuła zyska na atrakcyjności? Na razie, mimo wszystko czekamy na dalszy ciąg, który jest zarysowany  nawet ciekawie. No i propsy za statki z krainy Qa!

ocena-55

[accordions] [accordion title=’Gdzie kupić?’]
[/accordion] [/accordions]

Modigliani. Książę Bohemy. Scenariusz: Laurent Seksik. Rysunki: Fabrice Le Henanff. Scream Comics 2016

„Modigliani” już samą swoją okładką wywołuje mieszane uczucia. Za dużo bieli, a poza tym ilustracja, będąca metaforą tego, co mamy znaleźć wewnątrz albumu jest być może zbyt… oczywista? Samo wnętrze tak naprawdę charakteryzuje rozdarcie twórców, którzy sami chyba nie wiedzą, czy bardziej pójść w stronę biografii metaforycznej, czy faktograficznej. Stąd też, historia ostatnich miesięcy życia malarza i jego brzemiennej muzy jest piękna tylko w połowie.

Z pewnością cieszy oko kolorystyka, szczególnie kiedy zamiast ludzi, Le Henanff pokazuje nam miasto. Nie przekonują zaś portrety bohaterów, mające w sobie zbyt wiele z fotografii, czasami dialogi brzmią też chyba zbyt pretensjonalnie, przydałoby się w tej historii trochę mięcha. Twórcy mieli chyba jednak ambitniejsze plany, zafiksowali się (tak jak sam główny bohater) na wyższych ideałach,  przez co opowieść czasami grzęźnie w niepotrzebnej egzaltacji. Owszem, sprawdza się to na wybranych kadrach, w wybranych momentach fabuły, ale ze szkodą dla całej historii, która przecież sama z siebie jest ciekawa. I twórcy, zamiast te ciekawość umiejętnie podsycać, trochę za bardzo odlatują. Zamysł piękny, ale nie do końca udany. Choć i tak jest dobrze, historia Modiglianiego coś w sobie ma, trochę smutku, trochę przewrotności losu i mimo wszystko wprawia w zadumę – bo co właściwie jest ważniejsze, życie artysty, czy jego dzieła? Cóż, zależy dla kogo, prawda?

ocena-60

[accordions] [accordion title=’Gdzie kupić?’]
[/accordion] [/accordions]

Sherlock Holmes i Necronomicon t.1 i 2. Scenariusz: Sylvain Cordurie. Rysunki: Vladimir Krstic-Laci. Egmont 2016.

Zabierając się za lekturę „Sherlocka Holmesa i Necronomiconu”, wzdychamy mimowolnie, kiedy na arenę wchodzi jak widać wiecznie  żywy Moriarty. Tytuł albumu powinien u miłośników popkultury wywołać szybsze tętno i wzbudzić większe zaciekawienie niż poprzednie „Wampiry Londynu”. I rzeczywiście, po przeciętnej, pierwszej dylogii jest trochę lepiej, choć obawa o używanie ogranych motywów jak w przypadku poprzednich albumów, jest całkiem uzasadniona. W każdym razie mamy pewność, że skoro jest Moriarty i jeszcze na dodatek Necronomicon (tylko pamiętajmy, ten bardziej kojarzony z Lovecraftem niż „Martwym Złem”), to raczej będzie się działo.

I rzeczywiście się dzieje, dochodzą tu także bardzo istotne retrospekcje z dalekiej przeszłości, konkretnie z VIII wieku. Holmes wraca z długiej podróży na Antarktydę, na którą wyruszył po dramatycznych wydarzeniach z wampirami, a w tym czasie Moriarty postanawia wykorzystać Necronomicon aby… no, po prostu aby uczynić coś jednocześnie złego i spektakularnego. A jednak fakt, że w sprawę wmieszane są wyższe siły, moc Przedwiecznych, sprawia, że zarówno Holmes i Moriarty bardziej niż pierwszoplanowymi graczami będą miotanymi przez potężniejsze siły, poślednimi żywotami. W tej całej historii, wybijającej się momentami ponad przeciętność, ciekawsze jest co innego, mianowicie nowe spojrzenie na postać kanonicznego bohatera. Chyba jeszcze nigdy nie mieliśmy do czynienia z Holmesem tak poniewieranym, tak wykorzystywanym przez innych ludzi i inne siły, jak w scenariuszu Cordurie. Co się stało? Holmes po prostu trafił na równych sobie, albo nawet i lepszych przeciwników, nie przyćmiewa innych intelektem, a nawet jest tak, że często zwyczajnie musi walczyć o przetrwanie. Przez co staje się bardziej ludzki. Gdyby twórcy dali nam historię, w której ów kontrast wybrzmiałby jeszcze mocniej, dostalibyśmy wyjątkową opowieść. A tak, jest tylko poprawna.

ocena-55

[accordions] [accordion title=’Gdzie kupić?’]
[/accordion] [/accordions]

Wolfram. Scenariusz i rysunki: Marcello Quintanilha. Timof i Cisi Wspólnicy 2016.

Na koniec mała petarda. Jak petarda, to najlepiej napisać o niej krótko i zwięźle. Czas akcji – kilkanaście, może kilkadziesiąt minut. Emocje? Multum. I nie, to wcale nie kryminał, mimo że na okładce widzimy w dłoni jednej z postaci pistolet. „Wolfram” to rodzaj socjologiczno-społecznej obserwacji, z której utkano esencjonalną opowieść o życiu. Składa się na nią wszystko, co najważniejsze. Zbiegi okoliczności, ludzka głupota i cynizm, przyzwyczajenia i obsesje, a także dziwne ścieżki ludzkich współzależności podążających w nieprzewidywalnych kierunkach, zwłaszcza kiedy nasze czyny tak bardzo różnią się od naszych myśli. „Wolfram” to polifoniczna perełka ze świetnie uchwyconym językiem potocznym. Energia wprost rozsadza tę fabułę – fabułę wiarygodną, bo to co tu  zaobserwowaliśmy, może przecież przytrafić się każdemu. Ot, życie w całym jego absurdzie.

 

[accordions] [accordion title=’Gdzie kupić?’]
[/accordion] [/accordions]
Kategorie
komiks
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore’a. Pisał artykuły do „Nowej Fantastyki”, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Komentarz

Dodaj komentarz