komiks

Komiksowy maraton czyli czytamy hurtowo #29 (Egmont)

Dzisiejsze hurtowe czytanie sponsorują: jeden komiks dla dzieci, dwa przeznaczone dla młodych dorosłych i jeden wyłącznie dla dorosłych. Tak więc każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Hawkeye #2: Lekkie trafienia. Scenariusz: Matt Fraction. Rysunki: David Aja, Fransceso Francavilla. Egmont 2017

“Hawkeye” Matta Fractiona to jedna z niewielu serii z Marvel NOW!, ba, jedna z niewielu serii superbohaterskich, którą naprawdę warto przeczytać. Mamy w niej bohatera dobrze znanego z Avengers, ale jego “przygody” dalekie są od tego co przeżywają kumple z drużyny.

Odwieszając fioletowy kostium na kołek i idąc na urlop, Clint Burton przede wszystkim mierzy się z szarą codziennością życia jako zwykły/niezwykły mieszkaniec Brooklynu. Pomaga sąsiadom ze skutkami huraganu, walczy z chaosem kabli w mieszkaniu próbując po prostu obejrzeć ulubiony serial, urządza imprezę na dachu kamienicy i chroni przygodną dziewczynę przed nękającymi ją gangsterami. A przy okazji walczy z przygnębieniem i kiełkującą depresją. Te obyczajowe obrazki tylko z pozoru są zwyczajne i nudne, bowiem Fraction zawarł w nich ogrom emocji, które działają na równi z wciągającą i widowiskową akcją. Autor w subtelny sposób pokazuje, że bohaterstwo to nie tylko walka z kosmitami i klepanie złoczyńców po ryjach, a czasem od losów wszechświata ważniejszy jest los bitej, poniżanej i bezbronnej jednostki. Perełką w tym albumie jest rozdział poświęcony Fuksowi, psu, którego Burton uratował z rąk oprawców, a który przez kolejne strony prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa. Zwłaszcza ze względu na projekty i ikonografię wzbudza on szybsze bicie serca, bo w fantastyczny i prosty sposób pokazuje świat z perspektywy zwykłego kundla. Zasługa w tym Davida Aji, fenomenalnego grafika, który nie tylko ten rozdział, ale i większość albumu zaprojektował wybornie. Wielkie brawa należą się też Mattowi Hollingsworthowi, który dobrał bardzo minimalistyczną, klimatyczną kolorystykę, bez której rysunki Aji nie mogłyby w pełni wybrzmieć.

Zatem jeśli chcecie odpocząć od kolejnych wydarzeń na kosmiczna skalę, podelektować się wysmakowanymi ilustracjami i poznać superbohatera z tej drugiej, przyziemnej strony to chwytajcie za “Hawkeye’a”. Nie pożałujecie.

Gotham Central #4: Corrigan. Scenariusz: Greg Rucka, Ed Brubaker. Rysunki: Kano, Stefano Gaudiano. Egmont 2017

Gdy jakaś bardzo dobra seria komiksowa zmierza ku końcowi pojawia się żal. Chciałoby się bowiem jak najdłużej obcować z fascynującymi bohaterami i śledzić ich poczynania. Ale prawda jest taka, że gdyby nie ten “koniec”, jakość takiego tytułu mogłaby zostać bardzo łatwo roztrwoniona. Dobrze zatem, że twórcy (a razem z nimi ich redaktorzy, bo mówię o tytułach korporacyjnych) decydują się czasem doprowadzić wątki do finału i z satysfakcją zamknąć za sobą drzwi.

“Gotham Central” to jedna z najlepszych serii z DC Comics w ogóle. Sukces zawdzięcza wspólnej pracy doskonałych scenarzystów Grega Rucki i Eda Brubakera oraz fenomenalnym rysunkom Michaela Larka. Gdy z projektu, z różnych przyczyn zawodowych, zaczęli odchodzić kolejno Lark i Brubaker, Rucka postanowił nie ciągnąć jej dalej, dochodząc do wniosku, że bez pozostałych tytuł nie będzie już tym czym na początku. I to była świetna decyzja, bo dzięki niej możemy cieszyć się jedną z najbardziej intensywnych, emocjonalnych i robionych na poważnie opowieści rozgrywających się w świecie superbohaterów.

“Corrigan”, podobnie jak poprzednie albumy stanowi antologię mniej lub bardziej powiązanych spraw kryminalnych, do których angażowani są śledczy z Wydziału Poważnych Przestępstw. A są to zazwyczaj sprawy związane z superłotrami. Najdłuższą z nich jest ta poświęcona morderstwom/samobójstwom chłopaków przebranych za małoletniego pomocnika Batmana, Robina. Kolejne, króciutkie, opowiedzą o skorumpowanych gliniarzach i chaosie spowodowanych przybyciem kosmicznego bytu, Spectre. W finale natomiast dostajemy zamknięcie wątku Jimmy’ego Corrigana, umoczonego policjanta, który daje się we znaki całemu wydziałowi.

Z tych czterech opowieści wypływa bardzo ponura, przygnębiająca i gorzka wizja Gotham, miasta, które, gdyby nie jego obrońcy, w szybkim tempie sięgnęłoby dna, a jego ulice spływałyby łzami i krwią. Przyjęcie perspektywy zwykłych policjantów i skupienie się na przyziemnych procedurach śledczych, nadało miastu Batmana zupełnie nowego wymiaru, niemożliwego do uchwycenia w solowych przygodach tego bohatera. “Gotham Central” to świetna pozycja nie tylko dla fanów Mrocznego Rycerza szukających małej odskoczni, ale przede wszystkim dla  miłośników dobrych, czarnych kryminałów z elementami fantastycznymi.

Skalp #5. Scenariusz: Jason Aaron. Rysunki: R.M. Guerra. Egmont 2017

Jedna z najlepszych opowieści kryminalnych na naszym rynku (bez podziału na medium) właśnie dobiegła końca. Z jednej strony szkoda, a z drugiej ostatniemu albumowi towarzyszy wielka radość, bo oto mamy przed sobą bardzo równą, mocną i bezkompromisową fabułę z równie mocnym i satysfakcjonującym zakończeniem.

Jason Aaron w poprzednich tomach wręcz przeorał swoich bohaterów, pakując ich w krwawe i dramatyczne sytuacje. Przy okazji nakreślił niezwykle żywy i emocjonujący obraz indiańskiego rezerwatu, który będąc na dnie, zakopuje się w mule jeszcze bardziej. Wszystkie wątki, tajemnice i napięte relacje wreszcie doczekały się finału, w większości przypadków brutalnego i zaskakującego.

“Skalp” to bardzo konsekwentna i trzymająca w ciągłym napięciu seria. Choć jej głównym bohaterem jest Dashiell Zły Koń, to Aaron tak naprawdę opowiada złożoną historię lokalnej społeczności, dysfunkcyjnych rodzin, potrzaskanych ludzi, szefa mafii. Nic tu nie jest proste, autor nie idzie na łatwiznę. To rasowy i gorzki czarny kryminał czerpiący pełnymi garściami z dobrodziejstw gatunku – brutalny, krwawy, pełen seksu, prochów i trupów. Nie brakuje w nim też kapitalnych dialogów, wiarygodnych postaci i żywych, napiętych relacji między nimi. A to wszystko oprawione specyficznym indiańskim folklorem, nawiązaniami do autentycznych wydarzeń, mrugnięciami okiem do fanów Dashiella Hammetta czy Jamesa Ellroya i doskonałymi rysunkami R.M. Guery, który brudną, dynamiczną kreską fantastycznie oddaje atmosferę słonecznych pustkowi Dakoty Południowej.

Jeśli wciąż się zastanawiacie czy zapoznać się z tym tytułem, to nie ma lepszego momentu aby to zrobić. Nie jest to opowieść ani łatwa, ani lekka, ale diablo satysfakcjonująca, wciągająca i wzbudzająca ogrom emocji. Warto ją znać.

Kajko i Kokosz. Nowe przygody #2. Scenariusz: Maciej Kur, Tomasz Samojlik. Rysunki: Sławomir Kiełbus, Piotr Bednarczyk, Tomasz Samojlik. Egmont 2017

Seria “Kajko i Kokosz” idzie w ślady swych popularnych frankofońskich kuzynów. “Asterix”, “Lucky Luke”, “Smerfy” czy nawet “Thorgal” zostali przejęci przez nowe pokolenie twórców, których zadaniem jest podtrzymanie żywotności tytułu, ale i dotarcie do nowego grona odbiorców. Efekty takiej zmiany są różne, ale bohaterowie Janusza Christy, akurat trafili w dobre ręce.

Drugi tom “Nowych przygód” zawiera cztery krótkie opowiastki, a każda poświęcona jest innym bohaterom: zbójcerzom, Łamignatowi, Milusiowi i Mirmiłowi. Oczywiście i Kajko i Kokosz się w nich pojawiają, ale raczej w rolach drugoplanowych. Każda historyjka czerpie garściami z dorobku Christy, są tu w zasadzie zastosowane wszystkie chwyty polskiego klasyka, które tak dobrze sprawdzały się w oryginalnej 20-tomowej serii. Maciej Kur solidnie odrobił lekcje, dzięki czemu jego opowieści tętnią bezpretensjonalnym humorem i przygodą, a bohaterowie na nowo ożywają. Historyjki są naprawdę zabawne i pomysłowe, wprowadzają nowe postacie, niekiedy współczesny slang, który wcale nie przeszkadza, i starają się z grubsza nawiązywać do ducha oryginału. Graficznie jest  bardzo przyzwoicie. Najlepiej wypada Sławomir Kiełbus, który bardzo udanie imituje styl Christy, ale i zupełnie autorskiemu spojrzeniu Piotra Bednarczyka niczego nie brakuje.

Małą odskocznią jest natomiast autorska opowieść Tomka Samojlika, który o Milusiu i jego towarzyszach opowiada swoim, znanym chociażby z trylogii o “Ryjówce”, sposobem; bez nawiązywania na siłę do narracji Christy i stylu jego rysowania. I to też jest fajne, bo Samojlik jest specjalistą od wciągających i atrakcyjnych komiksów dla dzieci, a ten zawarty w albumie, choć odrobinę przeciągnięty, taki właśnie jest.

“Nowe Przygody” Kajka i Kokosza to przyjemna seria, która z jednej strony odkurza i podtrzymuje pamięć o Januszu Chriście wśród jego oddanych fanów, a z drugiej celuje w dużo młodszych odbiorców. I jedni i drudzy znajdą tu coś dla siebie.

Kategorie
komiks
Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Dodaj komentarz