komiks

Komiksowy maraton czyli czytamy hurtowo #28

Dziś serwujemy nieźle rozstrzelony przekrój komiksowych propozycji. Będzie trochę mniej lub bardziej typowej superbohaterszczyzny od Marvela i DC, znajdzie się też miejsce dla historii, baśni i fantastyki dalekiego zasięgu. Zapraszamy do lektury!

Wieczni Batman i Robin, tom 2, scen. James Tynion IV, Scott Snyder, Tim Seeley i inni, rys. Tony S. Daniel, Paul Pelletier, Christian Duce, Andrea Mutti i inni. Egmont 2017
Ocena: 65%

Tym razem komiksowe wyzwanie Snydera i spółki zamyka się jedynie na dwóch tomach – i trzeba przyznać, że wyszło to serii na zdrowie. Wieczni Batman i Robin wciąż jest jedynie lekkim czytadłem, ale możemy dostrzec tu parę przebłysków czegoś ciekawszego.

Snyder, jaki jest, każdy widzi. Lubi przywalić w fabułę taką epickością, że Czytelnik wyskakuje z butów. Niestety, za którymś razem sztuczka ta przestaje działać, jak w ostatnich tomach niezłej skądinąd serii o Batmanie z New 52. Choć w Wieczni Batman i Robin scenarzysta próbuje powtarzać swoje sztuczki i podbijać stawkę, to dzięki współpracownikom trzyma się to wszystko w ryzach. Zazwyczaj.

Zdarzają się bowiem fragmenty, gdzie widzimy typową, przedobrzoną Snyderowszczyznę z bitwami rozciągającymi się na pół świata, zamiast realnych, ciekawych konfrontacji. Skala nie zawsze równa się poziomowi emocji, ale podobno twórca powoli dochodzi do tego wniosku.

Robini liżą rany po pierwszych konfrontacjach z Matką i docierają do nieprzyjemnego punktu, kiedy zostaje wyjawionych kilka prawd o Batmanie – oraz jego powiązaniach ze złowrogą kobietą hodującą dzieci na idealnych zabójców. Przez historię przewija się sporo ciekawych postaci, jak choćby Azrael, ale ich potencjał nie zawsze zostaje wykorzystany.

Niemniej, trzeba oddać twórcom honory za jedno – konsekwentnie pisali pod myśl przewodnią i stawiali ciekawe pytania odnośnie natury rodzicielstwa, zakresu władzy opiekuna nad podopiecznym. Ładnie opowiedziano też o różnicy między rodzicem dobrym a toksycznym. Zdarzają się tu wprawdzie spadki napięcia, i to poważne, a w dodatku ekipa często pozwalałą sobie na scenopisarskie lenistwo i załatwianie spraw na pół gwizdka.

Ostatecznie jednak Wieczni Batman i Robin pozostawiają po sobie dużo lepsze wrażenie niż poprzedni, bardziej rozwodniony cykl. Jeśli tylko odnajdujecie się w zawiłościach kontinuum czasowego serii z Nietoperzem – można dać tej opowieści szansę.

Thunderbolts, t. 5: Punisher kontra Thunderbolts, scen. Ben Acker i Ben Blacker, rys. Carlo Barberi, Matteo Lolli, Gerardo Sandoval, Kim Jacinto, Jorge Fornes, Egmont 2017. Ocena: 55%

Ulga. To uczucie, jakie – podejrzewam – towarzyszyło większości recenzentów, którzy mierzyli się z serią Thunderbolts z Marvel NOW, gdy usłyszeli, że to już koniec.

Historia zapoczątkowana przez Daniela Waya obiecywała sporo, ale nic z tego nie wynikało. Motywy odkupienia, działania tam, gdzie harcerzykowaci Avengers nie sięgają rozmyły się w nijakiej fabule i kompletnym braku chemii między bohaterami.

Natomiast jego następcy, Ben Acker i Ben Blacker robili co mogli, by posklejać pęknięte naczynie, ale z pustego i Salomon nie naleje, że tak rzucę truizmem. Celnym metakomentarzem w podobnym tonie podsumowuje sytuację jeden z bohaterów, kiedy już opada kurz walki między Punisherem, a pozostałymi Thunderboltsami. To po prostu nie miało prawo działać, kiedy każda postać w drużynie pełni niemal tę samą funkcję – wyalienowanego zabójcy i/lub mściciela, promieniującego outsiderskim urokiem. W drużynówkach potrzeba jednak różnorodności.

A jak doszło do samego starcia? Pojawił się konflikt interesów, kiedy Czerwony Hulk chciał przygarnąć pod swe skrzydła złoczyńcę tak obmierzłego, że nawet Punisherowi. Frank Castle postanowił odejść, ale przecież Thunderboltsów nie opuszcza się tak łatwo.

Starcie z kolejnymi Thunderboltsami przebiega bez większych emocji, a plączący się pod nogami Avengersi też niewiele wnoszą do puli. Generalnie, jest średnio, choć z paroma przebłyskami zaangażowania ze strony scenarzystów. Im bliżej końca, tym bardziej widać, że cieszyli się z wkroczenia na ostatnią prostą.

Ekipa rysowników poradziła sobie całkiem w porządku, kadry są dynamiczne i wyciskają tyle agresji z bohaterów oraz ich walk, ile tylko można, ale kiedy scenariusz nie spawa tego wszystkiego w spójną całość, to i grafika nie daje takiego efektu.

Żegnamy się więc z z ekipą dowodzoną przez Czerwnego Hulka. Żegnamy bez większego żalu, muszę przyznać.


Monte Cassino, t. 1-3, scen. Zbigniew Tomecki, rys. Gabriela Becla, Stowarzyszenie Pokolenie 2017. Ocena: 65%

Bitwa o Monte Cassino to jedna z najkrwawszych kart w historii polskiej wojskowości, ale równocześnie stanowiła ogromne zwycięstwo, które dawało nadzieję w czarnej godzinie. Komiks Zbigniewa Tomeckiego i Gabrieli Becli próbuje uchwycić horror, jaki towarzyszył tamtym wydarzeniom i choć momentami idzie się z fabułą pod górkę, to ostateczny rezultat okazuje się całkiem niezły.

Monte Cassino to trzyczęściowa opowieść o oficerze wojska polskiego z armii generała Andersa. Żołnierz dołącza do słynnego pisarza Melchiora Wańkowicza jako asystent i zarazem człowiek, który ma przypilnować autora. Ten zaś podjął się napisania książki o bitwie, jaką Polacy tu stoczyli. O kosztach wiktorii, o ofiarach, o tych, którzy przeżyli. Towarzyszący twórcy bohater sam kryje jednak potworną traumę.

Opowieść płynie dwutorowo – z jednej strony obserwujemy Wańkowicza i jego „opiekuna” przydzielonego przez wojsko powoli przejmowane przez nową władzę. Zbierają materiały i próbują poradzić sobie z koszmarem, który niedawno miał tu miejsce. Druga warstwa to wspomnienia żołnierzy i retrospekcje bitwy.

Historia śledztwa to kawał całkiem niezłego komiksowego dramatu wojennego. Zdarzają się wprawdzie momenty, kiedy narracja siada na wielu poziomach, a dialogi ocierają się o koszmarnie pretensjonalne tony i łzawą frazę, ale zazwyczaj trzyma się to przyzwoicie. Wraz z rozwojem akcji obserwujemy, jak scenarzysta coraz swobodniej prowadził fabułę, częściej trafiają się też naprawdę mocne kawałki, w których wybrzmiewają żołnierskie tragedie.

Problem stanowią fragmenty z frontu. Można zrozumieć, że autorzy chcieli pokazać piekło wojny, jego chaos, niezrozumiałość i monotonię – to się na swój sposób udało, ale kosztem wytracenia impetu, z jakim komiks mógłby uderzyć. Opowieści żołnierzy na początku robią wrażenie, ale potem okazują się takie same, w dodatku utrzymane w tak ciemnych barwach, że ciężko zrozumieć, na co tak naprawdę patrzymy. Scenarzysta stanął przed dylematem „realizm kontra atrakcyjność opowieści” – i nie jestem pewien, czy wybrał dobrze.

W ogólnym rozrachunku warto jednak sięgnąć po tryptyk Monte Cassino. Potrafi być bardzo przyzwoitym komiksem opowiadającym o ważnym wydarzeniu w naszej historii. Jeśli wybaczycie niewykorzystany potencjał, zbyt rozproszoną narrację, możecie się kilka razy pozytywnie zaskoczyć.

Liga Sprawiedliwości, t. 8: Wojna Darkseida cz. 2, scen. Geoff Johns, rys. Jason Fabok, Francis Manapul, Egmont 2017. Ocena: 65%

Jako że finał Ligi Sprawiedliwości z New 52 nadciągnął, czas uderzyć w epickość, która przekracza wszelkie rejestry. Wszak rzadko się zdarza by niemal wszyscy na raz herosi drużyny zostawali bogami…

Historia zatytułowana Wojna Darkseida dobiega końca, a wraz z nią rozwinięciu i/lub domknięciu ulega kilka innych wątków, które ciągnęły się przez ostatnie tomy serii. Jeden z wielkich graczy zostaje pokonany, ale drugi wciąż stanowi zagrożenie, a w tle czają się też inne siły – i zawodnicy, którzy pragną namieszać. Odsłonięte zostaną tajemnice z przeszłości – niektóre na zasadzie retconu – inne zasieją w Waszych głowach znaki zapytania, które znikną dopiero, gdy restart DC znany jako Odrodzenie zakwitnie w pełni.

Geoff Johns snuje swoją wielką opowieść z werwą i jakby składniej, od momentu, gdy opada kurz bitewny poprzedniego tomu, a na szachownicę wchodzą właściwe figury. Wtedy Wojna Darkseida okazuje się sprawnym komentarzem do stanu popkultury czy kultury w ogóle. Starzy, zasiedziali bogowie (z paroma monoteistycznymi wyjątkami) już na dobre odeszli do lamusa. Liczą się nowi – ci komiksowi, wykreowani sto lat temu albo i później, stworzeni ręką człowieka. Pełni wad i sprzeczności, ale najlepsi, na jakich nas stać.

Jak w przypadku każdego super-bohaterskiego, korporacyjnego – i flagowego w dodatku – tasiemca, tak i tym razem intrygujące pomysły mieszają się z heroicznym banałem, który przekłuwa ładnie pompowane baloniki. Ostatecznie więc tempo historii jest tu równe i łatwo się wciągnąć w nurt opowieści – ale porwać już ciężej.

Wątpliwości nie pozostawiają natomiast rysunki Jasona Faboka. Są dynamiczne, ładnie proporcjonalne, ostre jak żyleta i wyciskają z super-bohaterskiej estetyki to co najlepsze, łapią jej mityczny wymiar bez popadania w przesadę. Francis Manapul nie ustępuje drugiemu artyście pola i tworzą zgrany duet, zapewniając nam spójną oprawę.

Jeśli szliście przez ostatnie kilka lat ramię w ramię z Ligą Sprawiedliwości Johnsa, to docenicie i finał. Nie doskakuje może do najlepszych momentów, a cały run nie zostanie ikoniczną historią na miarę opowieści Granta Morrisona, ale stanowi kawał solidnej lektury, którą warto ukończyć. Zwłaszcza, jeśli ostrzycie zęby na Odrodzenie.

Podboje, t. 2: Podstęp Hetytów, scen. Sylvain Runberg i Francois Miville-Deschness, rys. Francois Miville-Deschness, Egmont 2017. Ocena 65%

Dotarliśmy do środka komiksowej trylogii Podboje poświęconej starożytnemu konfliktowi Hetytów z plemionami scytyjskimi. Pierwszy tom okazał się przyjemnym doświadczeniem, ale głównie dla oczu, bowiem fabuły za dużo tam nie znajdowaliśmy. W najnowszej odsłonie można dostrzec mały progres.

Kampania wojenna trwa. Hetyci kombinują, jak spowolnić tryumfalny pochód Scytów przez okoliczne ziemie, tymczasem w obozie plemion dochodzi do pierwszych fermentów spowodowanych morderstwem, do jakiego doszło pod koniec poprzedniej części. Przywódcy i ich zausznicy zaczynają przejawiać pierwsze oznaki nieufności, która może doprowadzić do poważniejszych problemów. Winny musi zostać wskazany. A całości przygląda się kronikarka przysłana przez króla Hammurabiego.

Podboje wyewoluowały od niemal afabularnej pocztówki wojennej do przyjemnej, choć prostej i schematycznej, batalistycznej awanturki, w której bohaterowie nabierają charakteru. Niewiele, ale dość, by przykuć naszą uwagę, a kilkoro nawet polubić. Fabułą zaczyna się toczyć przyjemnym rytmem, a zwroty akcji działają, choć przeszkody są pokonywane zdecydowanie zbyt lekko i szybko. Z drugiej strony – objętość nie pozwala rozwinąć skrzydeł niektórym patentom.

Komiks zapewnia przyjemną dla oka kreskę, nacieszymy oko wcale foremnymi ciałami w pół-negliżu, dzikimi zwierzętami i pustynnymi krajobrazami. Kilka kadrów może zaskoczyć statycznością, ale kiedy rysownik już się rozkręca, zaskakuje nas całkiem dzikim dynamizmem w scenach walki.

Podboje dalej stanowią prostą, ale estetyczną i efektowną lekturę, która zapewni kilkadziesiąt minut rozgrywki. Seria nabrała trochę wyrazu, dzięki czemu konsumujemy ją jak przyjemną, letnią przekąskę w przerwie między dziełami grubszego kalibru.

Deadpool Classic vol. 2, scen. Joe Kelly, rys. Ed McGuiness, Kevin Lau, Pete Woods, Shannon Denton, John Fang, Aaron Lopresti, Bernard Chang, Egmont 2017. Ocena: 75%

Deadpool jest obecnie wszędzie, ale paradoksalnie to w czasach wydawniczej młodości mógł więcej. Przygody zebrane w drugim tomie serii Classic prezentują nam początek jednego z najlepszych runów, jakich Pyskaty Najemnik doświadczył.

Ulubionym błaznem Marvela opiekował się wtedy świetny scenarzysta Joe Kelly, który jak nikt inny – prócz ojca Wade’a, Fabiana Niciezy – rozumiał tę postać. Co więcej, nikt się wtedy bohaterem specjalnie nie przejmował, komiks mógł zostać anulowany z numeru na numer, twórcy mogli więc zaszaleć i nie przejmować się tym, co ludzie powiedzą.

Stąd przez kolejne zeszyty obok typowych dla gatunku klisz przewijają się naprawdę odjazdowe pomysły, pokazujące, co można robić z dopakowanymi postaciami nawet super-bohaterskich tasiemcach. Pewnie, mamy tu historię o tym, jak zdemoralizowana najemnicza bestia obrywa po tyłku strzałą Amora i próbuje wspinać się w stronę światła. Pewnie, mamy tu muskuły wielkości arbuzów i testosteronowe popisówy rodem z głębokich lat ’90.

Tyle, że sposób prowadzenia postaci przez historię jest dużo bardziej autentyczny niż w przygodach publikowanych dziś (z pewnymi wyjątkami). Dramat bohatera ma odpowiednią skalę, czujemy i możemy z łatwością dostrzec, co szarpie duszą Deadpoola. Jest bardziej ludzki i mniej przegięty niż gdzie indziej. Dzięki temu jego psychopatyczne wybuchy i częstowanie otoczenia socjopatycznym humorem wypada naturalnie. To osobowość, w którą moglibyśmy uwierzyć.

Sympatycznej, epizodycznej fabule – z której powoli wyłaniają się motywy przewodnie serii – wtóruje napompowana do granic możliwości, przerysowana i nadekspresywna kreska, która dobrze współgra z błazenadą Deadpoola i tonem całej historii.

Całość doprawiono humorem, który nie uznaje żadnych świętości – a już na pewno nie w świecie komiksowym. Deadpool równo rozdziela kuksańce pomiędzy rozmaitymi zjawiskami panującymi w popkulturze – i zazwyczaj trafia na tyle mocno, by nas rozbawić. Najzabawniejszy jest jednak fakt, że trafił się moment czy dwa, które celnie uderzają w poważniejszy ton, są zwyczajnie przejmująće.

Tym, co obok kreski, humoru i psychiki Wade’a robi robotę jest tło zbudowane z bandy szelm i zbirów dziarsko paradujących na drugim planie. Deadpool zabiera nas do świata, w którym na Avengersów patrzy się jak na zagubionych harcerzyków nie mających pojęcia o życiu. Dość powiedzieć, że jedną z najbliższych przyjaciółek Najemnika z Nawijką jest… Ślepy Al, jego zakładniczka, najprawdopodobniej cierpiąca na syndrom Sztokholmski.

Takich perełek i smaczków czeka na Was więcej. Historia dopiero się rozkręca i ziarna zasiane przez Kelly’ego w tym tomie zaprocentują już niedługo. Zabawa dopiero się zaczyna


Baśnie, t. 21: Długo i szczęśliwie, scen. Bill Willingham, Matthew Sturges, rys. Mark Buckingham, Steve Leialoha, Andrew Pepoy i inni, Egmont 2017. Ocena: 80%

Baśnie Billa Willinghama towarzyszyły czytelnikom przez dobre kilkanaście lat. Wzięły naszą wyobraźnię szturmem, przez długi czas utrzymywały wysoki poziom, choć słabsza forma też się zdarzała. Teraz jednak przychodzi czas pożegnań. Nim rozstaniemy się z Bigbym i spółką czeka nas kilka ciężkich chwil.

Żarty się skończyły. Baśniogród spotykają kolejne tragedie, w cieniu czeka nowy złoczyńca, spuszczony ze smyczy Bigby bryka sobie rozkosznie po mieście i morduje wszystkich, którzy się nawiną. Co gorsza, to tylko kolejny powód umacniający kość niezgody między siostrami – Śnieżką i Różą Czerwoną. Konflikt eskaluje, w ruch pójdą też tajemnice z przeszłości.

Willingham już teraz nie bierze jeńców i posyła do piachu część postaci, które lubiliśmy. Jednocześnie zaś obiecuje wielki, spektakularny finał, który wybuchnie w następnym tomie. Konflikt bowiem zatacza coraz szersze kręgi.

Od kilku tomów Baśnie nie potrafiły wykrzesać tyle angażującego dramatyzmu, co tutaj. Brakowało godnego przeciwnika, seria potrzebowała wyciszenia po wszystkich bitwach, jakie stoczono, ale teraz, na sam koniec w historię wstąpił dawny duch – ta intrygująca niewygoda, powodująca, że chcemy wiedzieć, co będzie na następnej stronie. I tak wsiąkamy aż do końca tomu.

Pewnie, momentami siada tempo, kilka rozwiązań może budzić wątpliwości, ale generalnie całość trzyma dobry rytm, do jakiego przyzwyczaił nas Willingham i jego ekipa artystów. Całość wzbogacają wtrącenia opatrzone tytułem Ostatnia historia. Przyjmują formę kilkustronicowych opowiadań o tym, co będzie się działo z bohaterami po zakończeniu fabuły.

Jedne są smutne, nostalgiczne, inne zgrywuśne i przewrotne, ale wszystkie przypominają o jednym – zbliża się wielki finał, którego nie możemy przegapić.


Zdobywcy Troy, scen. Christophe Arleston, rys. Ciro Tota, Egmont 2017. Ocena: 80%

Życie pioniera do łatwych nie należy. Zwłaszcza, gdy zaczynasz je przypadkiem, bo na nowy ląd zagnały Cię poszukiwania rodziców. A w takiej sytuacji poznajemy bohaterów Zdobywców Troy.

Komiks rzuca nas cztery tysiące lat przed wydarzeniami opisanymi w niezwykle popularnym europejskim dziele Lanfeust z Troy. Poznajemy w nim historię dwójki rodzeństwa ruszającego śladem mamy i taty, którzy zostali zabrani na tytułową planetę przez Konsorcjum Kwiatów, potężną organizację pragnącą rozwinąć źródła energii magicznej w nowo odkrytym świecie.

Czego tu nie ma. Steampunk, fantasy i science-fiction mieszają się w intrygującą space-operę, a przede wszystkim budują tło dla sprawnie napisanej awanturniczej historii, która jako żywo przywodzi na myśl czasy, gdy Stany Zjednoczone rodziły się w bólach i wychodziły spod żelaznego buciora Francuzów oraz Brytyjczyków. Dostajemy więc do rąk opowieść o kolonizatorach mimo woli.

Jest barwnie, z przytupem i do przodu. Bohaterowie z werwą pakują się w kolejne awantury. Jedny problem, jaki można zaobserwować to wpadnięcie w schemat schwytanie-ucieczka, powtarzający się przynajmniej dwa razy, ale ostatecznie nie przeszkadza to aż tak bardzo. Wchodzimy w kolorowy, pełen dziwów, magii i cudacznych stworów świat, po którym oprowadza nas barwna ferajna łowców, zbójów i nieudaczników.

Przez wszystkie cztery historyjki przebija pastiszowy humor sytuacyjny oraz żarty ukryte w tle, w nazewnictwie, anagramach i zbitkach tytułów.

Album naprawdę błyszczy dzięki rysunkom Ciro Toty. Zą żywe, dynamiczne, przyjemnie obłe, kiedy zachodzi taka potrzeba i uzbrojone w zatrzęsienie detali. Choć nieruchome, kadry zdają się żywe, podobnie jak bohaterowie – odrobinę przerysowani, a jednak ludzcy. Nie ma co szukać realizmu w tej kolorowej baśni dla dorosłych.

Można za to znaleźć mnóstwo zabawy i odprężenia – oraz sporo przyjemnych smaczków. W jednym tomie upchnięto dość przygód, by umilić nam wakacyjny wieczór czy dwa rozrywką na naprawdę dobrym poziomie.

Kategorie
komiks
Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który potrafi płynnie przejść od słodkiego lenistwa do nadaktywności – i z powrotem. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, rozmaitych hobby, a czasem nawet w otchłań studiów. Publikował, w „Science Fiction Fantasy i Horror”, „LiteRacjach” oraz w portalach internetowych – GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz