komiks

Komiksowy maraton czyli czytamy hurtowo #27

W dzisiejszym komiksowym maratonie na tapetę wzięliśmy dwa całkiem niezłe horrory, dwa typowe superbohaterszczaki i jeden nietypowy, bo kryminalny i, o zgrozo, bez nawalanek. A więc za sponsorów robią dziś superherosi, wiedźmy, demon i pani detektyw.

Hellboy w Piekle #2: Karta śmierci. Scenariusz i rysunki: Mike Mignola. Egmont 2017

“Karta śmierci” to już ostatnia opowieść o Hellboyu, definitywnie zamykająca trwające ponad dwadzieścia lat przygody tego kultowego już bohatera.

Wielki, emocjonujący i epicki finał na miarę blockbustera miał miejsce w albumie “Burza i Pasja”, po którym Hellboy trafił do Piekła. Dwutomowe “W Piekle” to w zasadzie epilog do tegoż. Mignola kontynuuje opowieść na zasadzie luźnych powiązań między rozdziałami, prowadzi piekielnego chłopca w kolejne miejsca niczym turystę, bardziej stawia na budowanie atmosfery grozy niż akcję, wraca do korzeni serii – czyli budowania tajemnic i niedopowiedzeń. Hellboy miejscami użyje pięści, czasem rozumu, ale tak naprawdę nic już nie jest zależne od niego, przeznaczenie dopełnia się samo. Widać i czuć, że bohater jest zmęczony ciężarem jaki nosił przez całe życie, ma dość, chce odpocząć i Mignola mu na to pozwala. Żegna się ze swoją kreacją z klasą, ale nie jest to zakończenie, które może w pełni usatysfakcjonować.

Brakuje w nim trochę przytupu, napięcia, dramatyzmu, konkretniejszej fabuły, która mogłaby wwiercić się w czaszkę i pozostać w niej na dłużej. Całość przypomina balon, z którego powoli i nieefektownie spuszcza się powietrze. Po zamknięciu albumu pamiętałem jedynie chaos, lekkie zagubienie i niepewność co do faktycznego zakończenia wątków.

Tym co niejako wynagradza senny i liryczny finał są wciąż świetne rysunki Mignoli, cudnie skomponowane, pełne detali i zabaw z czernią, podrasowane fenomenalnymi kolorami Dave’a Stewarta, który jak nikt wyczuwa barwy i odpowiednio dopasowuje je do dramatyzmu sytuacji.

“Karta śmierci” zamknęła na amen opowieść o Hellboyu. Finał trochę rozczarowuje, ale i tak wypada go znać, bowiem zamyka historię jednego z najważniejszych bohaterów amerykańskiego mainstreamu, a tym samym pewien etap w historii komiksowego medium.

Wiedźmy. Scenariusz: Scott Snyder. Rysunki: Jock. Mucha Comics 2017

“Wiedźmy” to album o pewnego rodzaju klątwie, czy raczej obietnicy, jak ją nazywa Scott Snyder. Z jednej strony jest to klasyczna opowieść o rodzinie z bagażem doświadczeń, która w nowym miejscu pragnie rozpocząć zupełnie nowe życie, ale miejsce to okazuje się być jedną wielką pułapką. Z drugiej jest całkiem świeżym spojrzeniem na ograny do bólu mit wiedźmy. Autor, korzystając z własnych doświadczeń z dzieciństwa, serwuje niespotykany dotąd i dość oryginalny obraz obdarzonych mocą jędz – niepokojący, wywołujący ciarki, a nawet obrzydzenie, przepełniony niezwykle mroczną atmosferą i interesującymi niedopowiedzeniami. Mało tego, jest to obok „Amerykańskiego Wampira” jego najbardziej przemyślany i konsekwentnie napisany komiks (w odróżnieniu od „Batmana”, „Przebudzenia” czy „Severed – Pożeracza marzeń”), w którym nie tylko umiejętnie operuje grozą, ale i tworzy napięte relacje między poszczególnymi bohaterami.

Siłą tego nadnaturalnego horroru są wiarygodnie napisane i żywo prowadzone postacie, a dawna tajemnica skrywana przed resztą członków rodziny może zaintrygować bardziej niż tytułowe maszkary – a te naprawdę przykuwają uwagę. Snyder znalazł w końcu złoty środek i zrozumiał, że pieczołowita kreacja bohaterów musi stać na równi z fabułą, dzięki czemu stworzył horror wręcz idealny, dopełniony niepokojącą oprawą graficzną Jocka, od której nie można oderwać wzroku i dosłownie alegorycznymi kolorami Matta Hollingswortha. No i w końcu udało mu się nie spartolić zakończenia. Zdecydowanie warto ten album przeczytać, obejrzeć i mieć na półce.

Quantum and Woody #1: Najgorsi superbohaterowie na świecie. Scenariusz: James Asmus. Rysunki: Tom Fowler. Fantasmagorie 2017

Pierwszy w Polsce komiks z uniwersum Valiant, które jest doskonałą alternatywą dla Marvela i DC.

Zanim w 1992 r. na rynku pojawiło się Image Comics – wydawnictwo zbierające topowych artystów Marvela chcących działać na własny rachunek – już w 1989 r. doszło do pierwszego wyłomu w Domu Pomysłów. Zainicjował je ówczesny wydawca, Jim Shooter, który założył oficynę Valiant Comics publikującą tytuły okołosuperbohaterskie. Pod jego kierownictwem powstało wiele interesujących postaci i serii, które jednak nie mogły się wówczas mierzyć w wyścigu z DC i Marvelem. Zmieniło się to w 2012 r. kiedy prawa do całego dorobku wydawnictwa trafiły do nowego właściciela, który z pomysłem i rozwagą odnawia i tworzy świeże komiksowe uniwersum. Już w pierwszym roku działalności Valiant Entertainment zgarnęło nagrodę dla Najlepszego Wydawcy, a tytuły pod jego szyldem ogrom nominacji i branżowych nagród. Dobre komiksy i rozsądna polityka wydawnicza owocują kolejnymi sukcesami, jednym z nich jest kontrakt na stworzenie rozbudowanego filmowego uniwersum.

“Quantum & Woody” to jeden ze sztandarowych tytułów Valiant, ale nieco inny od pozostałych, bo od podstaw zrobiony z jajem i przymrużeniem oka. To kumpelska komedia o adopcyjnych braciach, różniących się od siebie niczym ogień i woda. O braciach, którzy w wyniku głupiego przypadku zdobywają supermoce. Ich pierwszym celem jest odnalezienie zabójców ojca-naukowca i oczyszczenie własnego imienia z zarzutów morderstwa. Chłopaki (wymyśleni na wzór Woody’ego Harrelsona i Wesleya Snipesa z filmu “Biali nie potrafią skakać”) w ogóle się ze sobą nie dogadują, skaczą sobie do oczu i trochę na opak przerabiają traumy z przeszłości. Nic więc dziwnego, że opinia publiczna nazwała ich najgorszymi bohaterami na świecie. To jednak nic w porównaniu z tym w jakie absurdalne sytuacje wplątuje ich scenarzysta i jakich przeciwstawia im przeciwników (np. mordercze pająko-klauny i organizacja chciwych naukowców założona przez Thomasa Edisona). Wszystko ma służyć w szczególności dobrej zabawie, nie brakuje tu bowiem abstrakcyjnego humoru i uwydatniania superbohaterskich klisz.

“Najgorsi superbohaterowie na świecie” są lekkim, niezobowiązującym i przyzwoicie narysowanym komiksem, doskonałą alternatywą dla czytelników zmęczonych powtarzalnością w Marvelu i DC. Na jego korzyść działają również nominacje do nagród Harveya i zapowiedziany serial telewizyjny pod kierownictwem braci Russo (“Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz”).

Amazing Spider-Man #1: Szczęście Parkera. Scenariusz: Dan Slott. Rysunki: Humberto Ramos. Egmont 2017

Umarł Superior, niech żyje Amazing! W ostatnim tomie “Superior Spider-Mana” (“Lud goblinów”) Doktor Octopus podszywający się pod Petera Parkera dał za wygraną i opuścił jego ciało, tym samym umożliwiając powrót prawowitego właściciela. A więc duch Parkera zasiedlił ponownie ciało Parkera, tym samym rozpoczynając mozolny powrót do status quo. A bohater ma sporo do nadrobienia i wyjaśnienia, bo Octopus nie marnował czasu i trochę namieszał w życiorysie przyjaznego superbohatera z sąsiedztwa.

“Superior…” miał swoje dobre momenty, głównie pomysł wyjściowy i kilka związanych z życiem osobistym Petera, ale zapamiętam go przede wszystkim jako rozmemłaną papkę z mordobiciem jako motywem dominującym. W zamyśle “Amazing…” miał się od tego odciąć, ale po pierwszym tomie ciężko być optymistą. “Szczęście Parkera” to festiwal fajerwerków (czyli znowu mnóstwo akcji i nawalanek), podrzędnego humoru i niewielkiej ilości fabuły. Peter się bije, śmieszkuje, głupio tłumaczy, ogarnia go jakieś niewytłumaczalne szczeniackie zauroczenie i nieświadomie rozpoczyna ściąganie swojej firmy na dno. Tak po prawdzie to wszystko nie prowadzi do niczego konkretnego poza ekspozycją pod nowych czytelników.

Główną złą albumu jest Black Cat, która chce się zemścić na Spider-Manie za krzywdę sprzed kilku tomów. I cóż, w tej roli bohaterka kompletnie się nie sprawdza. Pomijam motywacje, bo te zazwyczaj nie trzymają się kupy, ale sposoby na odegranie się na Parkerze są co najmniej głupie, nie interesujące i nieumiejętnie podane. Kotka na przestrzeni całej historii ma przynajmniej kilka okazji aby solidnie się zemścić, po czym w ostatniej chwili się wycofuje, mętnie tłumacząc powody, zaszywa się w tajnej kryjówce i obmyśla kolejny plan. Slott wyraźnie nie miał pomysłu na ten wątek, a widać, że chce go jeszcze poeksploatować przez kilka numerów. Szkoda.

“Amazing…” ma całe mnóstwo wad, ale ma też kilka pozytywów: przede wszystkim nowa bohaterka, Silk, która okazuje się być ciekawą, charakterną heroiną (a przy okazji jest zupełnie nową postacią stworzoną od podstaw) oraz przyjemne nawiązanie do historii z ery Straczyńskiego. No i jeszcze rysunki Humberto Ramosa, którego mocno umowny styl uwielbiam, a do historii o Spider-Manie pasuje on jak ulał. I to tyle, reszta jest typowym, niezobowiązującym odgrzewanym superbohaterskim kotletem do przegryzienia i zapomnienia.

Jessica Jones: Alias #3. Scenariusz: Brian Michael Bendis. Rysunki: Michael Gaydos. Mucha Comics 2017

Brian Michael Bendis zanim trafił do Marvela i zawodowo zaczął parać się superbohaterszczyzną napisał (a część nawet narysował) kilka świetnych czarnych kryminałów: “Goldfish”, “Fire”, “Jinx” i “Torso”, które w rezultacie stały się jego przepustką do mainstreamu. Scenarzysta pokazał, że dobra narracja to dla niego pestka, że dialogi potrafią być żywe i mięsiste, fabuła wciągająca, a bohaterowie intrygujący. Te umiejętności i doświadczenia przeszczepił na grunt bohaterów w rajtuzach. Świetnie sprawdziły się w “Ultimate Spider-Man” oraz dwóch gatunkowych hybrydach: “Powers” opowiadającym o gliniarzach z wydziału zabójstw zajmujących się sprawami z udziałem superherosów oraz “Jessica Jones: Alias” traktującym o emerytowanej bohaterce działającej jako prywatna detektyw.

Trzeci tom “Jessici Jones” wpisuje się w poziom dwóch pierwszych. To świetnie skrojony detektywistyczny kryminał, w którym Bendis najlepiej jak potrafi wykorzystuje swoje pisarskie atuty. Co jest ważne w obliczu późniejszego i trwającego do dziś rozmieniania się na drobne w kolejnych seryjnych nawalanakach. Jessica podejmuje się kolejnego śledztwa (tym razem niejako dla siebie samej) związanego z superbohaterami, które znowu zaprowadzi ją w plugawe rejony człowieczeństwa. Jej celem jest Mattie Franklin, nastoletnia Spider-Woman, uwikłana w narkotykowy biznes i powiązana z J. Jonahem Jamesonem.

Bendis leci trochę szablonem, bo znowu przerabia traumy bohaterki, próbuje ją wpasować w “normalność” codziennego życia i skontrastować z innymi postaciami posiadającymi moce, ale wciąż robi to ciekawie i na tyle sprawnie, że opowieść chce się chłonąć. Nie mu tu co prawda efektu zaskoczenia czy świeżości, jak przy pierwszym tomie, ale wysoki poziom wciąż się utrzymuje i nadal jest to seria o klasę lepsza od całej reszty marvelowskiej papki, tym bardziej, że dorośli czytelnicy nie będą przy niej zgrzytać zębami. No i rysunki Gaydosa wciąż robią dobrze tą swoją szorstkością, mrocznością i brzydotą, choć mam wrażenie, że artysta znacznie częściej niż dotychczas używał funkcji copy-paste przy tworzeniu kolejnych plansz. Niemniej “Jessica Jones: Alias” to świetny tytuł dający nieco wytchnienia od standardowej superbohaterskiej kaszki, a jednocześnie przynależący do niej całym swym jestestwem.

Kategorie
komiks
Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Dodaj komentarz